Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RECENZJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RECENZJA. Pokaż wszystkie posty
myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

13.7.19

myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

    Wspominałam Wam ostatnio na moim Insta (klik), że poczyniłam (nie)małe zakupy kosmetyków brandu, którego od pewnego czasu byłam bardzo ciekawa, czyli naszej rodzimej marki Miya. Jako, że szybko poczułam lekki niedosyt, to skusiłam się ostatnio jeszcze na promocję -40%,i tym samym mam do przetestowania praktycznie cały ich asortyment. Ostatni miesiąc prężnie testowałam kilka kosmetyków, m. in. jeden z ich flagowych produktów, tj. intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym, o jakże wdzięcznej nazwie I’m Coco Nuts.


myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

Intensywnie nawilża. Regeneruje i koi. Poprawia elastyczność.
Olejek kokosowy nawilża, regeneruje i koi skórę, odbudowując jej płaszcz hydrolipidowy. Olejek sezamowy, witamina E i prowitamina B5 odżywiają skórę, nadając jej elastyczność i miękkość oraz regulują jej nawilżenie. Dzięki lekkiej, kremowej formule QuickAbsorb szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż.
97% składników pochodzenia naturalnego. 0% zbędnych dodatków. Bez silikonów, parafiny, PEG-ów, olejów mineralnych, parabenów.


    Jeszcze słowem wstępu napiszę, że marka Miya została, wcale nie tak dawno temu, stworzona przez dwie bardzo uzdolnione dziewczyny, które chciały stworzyć pielęgnację, dzięki której nasza skóra i przede wszystkim my będziemy wyglądać i czuć się pięknie. No cóż, udało im się to pierwszorzędnie. Aktualne to już nie jest startup, czy niewielka firma, tylko mocna marka, którą bardzo entuzjastycznie promują nie tylko blogerki urodowe, ale również i polskie celebrytki. Trzymam mocno kciuki za dziewczyny, bo w końcu GIRL POWER ♥♥♥!!!


    Przechodząc już do recenzji kremu I’m Coco Nuts nie mogę na początek nie wspomnieć o uroczych opakowaniach. No sami powiedzcie, czy ta kolorystyka i ten minimalizm nie chwytają Was za serce? Ja jestem kupiona. Uważam, że na drogeryjnych półkach (np. Hebe) te produkty naprawdę wybijają się na tle konkurencji.


    Wspomniany krem przeznaczony jest do każdego typu skóry, także wrażliwej, natomiast producent na stronie sugeruje przeznaczenie szczególnie do skóry normalnej, mieszanej, ze skłonnością do tłustej lub tłustej. I to by się zgadzało, ponieważ na mojej suchej skórze w okresie zimowym zdecydowanie lepiej sprawdzała się różana wersja. W lecie za to, wersja kokosowa w pełni zaspokaja moje potrzeby.


    Krem można stosować jako krem do twarzy, ale również jako krem do rąk, czy nawet balsam do ciała, co sprawia że jest to kosmetyk tak uniwersalny, że można nosić go cały czas przy sobie w torebce. Każda z czterech wersji kremu zawiera 75 ml kosmetyku, czyli tyle ile przeciętnie ma krem do rąk. Równocześnie myWONDERBALM kosztuje zaledwie 29,99 zł za tubkę, w czym znów przewyższa konkurencję.


    No to na koniec pozostaje tylko pytanie czy właściwości kremu są tak dobre, jak te wszystkie wcześniej wymienione plusy? Otóż dla mnie absolutnie tak. Stosuję go rano i wieczorem i muszę przyznać, że I’m Coco Nuts nawilża moją skórę tak dobrze, że rano nie budzę się z uczuciem ściagnięcia na buzi. Idealnie sprawdza się także pod makijaż, nie roluje się i w żaden sposób nie gryzie się z moimi ulubionymi podkładami. Ogromnym plusem jest to, że przy ciągłym używaniu nie zapycha! Jednakże podkreślę raz jeszcze, że krem u mnie sprawdza się w lecie, natomiast w okresie zimowym dla mojej suchej skóry jest za lekki.


    Jak łatwo się domyślić, skoro sprawdza się na skórze twarzy, to także sprawdza się super jako krem do rąk oraz balsam do ciało. Dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu na skórze. jedyne do czego mogłabym się przyczepić to fakt, że nie posiada żadnego filtra do twarzy i w lecie trzeba dodatkowo się czymś dosmarować. Oprócz tego, nie mam mu zupełnie nic do zarzucenia. Zdecydowanie mogę mu przyznać miano jednego z moich ulubieńców. Vexgirl approved!
Lalique - Perles de Lalique EDP

3.7.19

Lalique - Perles de Lalique EDP

    Na przestrzeni minionych 3 lat, bo tyle w zasadzie minęło od opublikowania na blogu ostatniej notki o perfumach (Azzedine Alaïa Paris EDP), moje podejście do zapachów zmieniło się diametralnie, z ilościowego na jakościowe. W mojej kosmetyczce zagościły zapachy sprawdzone, pasujące do mojej osobowości i harmonizujące się z moim stylem. Porzuciłam w kąt wszystkie Avony, Yves Rochery i inne bezbarwne dla mnie zapachy. Ograniczyłam się praktycznie do czterech naprawdę sprawdzonych ulubieńców. Dzisiejszy wpis jest o jednym z nich, czyli o perfumach Perles de Lalique.


Lalique Perles de Lalique to elegancki, charakterystyczny zapach, obok którego trudno przejść obojętnie. Perfumy Lalique podkreślają elegancję i wyrafinowanie. Podobnie jak perły, które były ich inspiracją, perfumy Perles de Lalique są wyjątkowe i przyciągają uwagę. Ich słodkawo-korzenny charakter dodaje im zmysłowości i temperamentu. 
Nuty zapachowe:
Nuta głowy: róża
Nuta serca: irys, pieprz
Nuta bazy: kaszmir, paczuli


    Co ciekawe zapach kupiłam zupełnie w ciemno, gdyż wpadła mi w oko prosta, eteryczna wręcz buteleczka, a opis perfum zaintrygował. Spodziewałam się co prawda analogicznej dla mnie prostoty w zapachu, ale nic bardziej mylnego. Nie przesadzę pisząc, że przy pierwszym zetknięciu, zapach mną wstrząsnął i przeniknął mnie a wskroś. Podobno efekt ten zawdzięczamy czemuś co zwie się Iso E Super. Jest to aromamolekuł, którego aromat określić można jako kadzidlano-drzewny (więcej o Iso E Super możecie przeczytać tutaj). Nie sposób koło zapachu przejść obojętnie, i to nie tylko moje zdanie, ale przede wszystkim mojego otoczenia.


    Nigdy wcześniej nie słyszałam tak wielu komplementów i zapytań czym pachnę, jak podczas noszenia Perles de Lalique. Z jednej strony perfumy są świeże, czyste i wyniosłe, a z drugiej strony mają w sobie coś przytłaczającego, zimnego i cmentarnego wręcz. Pachną dla mnie gotyckim kościołem, wykończonym drewnem i przyozdobionym różami. To wszystko razem sprawia, że zapach stapia się ze mną, przenika przeze mnie i jest mną.


    Powiedzieć, że perfumy Perles de Lalique są oryginalne to zwykły truizm. To zapach bezkonkurencyjny, niepowtarzalny i wysublimowany do granic nieprzyzwoitości. Zapach wpisuje się w nisze perfumeryjne, na próżno szukać go na drogeryjnych półkach. Przy tym jest szalenie trwały. Gorąco polecam sprawdzenie zapachu, chociaż po to, żeby doznać czym jest molekuła Iso E Super.

Perles de Lalique występuje w pojemnościach 50 ml/100 ml. Ceny za 100 ml wahają się między 130 zł (Notino), a 550 zł (Douglas).
Lakiery hybrydowe z Biedronki - LaQuell Neonatic

30.8.18

Lakiery hybrydowe z Biedronki - LaQuell Neonatic

    Parę dni temu do sieci dyskontów Biedronka trafiła nowa seria lakierów hybrydowych LaQuell Neonatic składająca się z 8 neonowych lakierów kolorowych, bazy oraz topu. Biorąc po uwagę, że cena lakierów jest turbo niska, tj. 9,99 zł, a na portalu wizaż.pl lakiery LaQuell cieszą się całkiem dobrymi ocenami (4,9/5*), kupiłam wszystkie dostępne kolory wraz z bazą i topem. Czy było warto?


    Do tej pory sięgałam po hybrydy marek Semilac oraz Neonail, więc lakiery LaQuell miały poprzeczkę postawioną dość wysoko (przy czym trzeba zaznaczyć, że są one trzykrotnie tańsze). Odcienie, które przetestowałam to Mandrin, Turkiss, Pinko, Yellowin, Greeno oraz Top No Wipe. Oprócz tego dostępne są jeszcze Indigen, Orangin, Coralin oraz baza Super Base. Poniżej na zdjęciach możecie zobaczyć lakiery położone na bazę samopoziomującą Semilac Extend Base Semilac.


Jak oceniam lakiery LaQuell Neonatic? Ano różnie, wszystko zależy od koloru. Najlepiej sprawdził się lakier Turkiss (palec serdeczny), który okazał się najbardziej napigmentowany i krył już po jednej warstwie. Podobnie odcień Pinko (palec środkowy), ale z tym współpracowało się już trochę gorzej, bo robiły się prześwity i potrzeba dość wprawionej ręki, żeby go dobrze nałożyć. Kolory Greeno (mały palec) oraz Mandarin (kciuk) to jakaś porażka, ponieważ nawet 3 warstwy nie dały pełnego krycia, a ten drugi nie chciał kompletnie współpracować z topem tej samej marki i musiałam się ratować topem Semilac. Kolor Yellowin (palec serdeczny) też dobrze nie kryje, ale jakoś tak cieszy moje oko i patrzę na niego nieco łaskawiej. Top No Wipe jest niezły, ale zdecydowanie bardziej wolę mocniej błyszczące wykończenie,jakie daje mi Semilac No Wipe.


W związku z tym zachodziłam w głowę skąd takie dobre oceny tych lakierów na wizażu... I dopiero przedwczoraj odkryłam co było powodem. Mianowicie w Biedronkach dostępne są także inne lakiery hybrydowe Stay Forever (w matowych buteleczkach), i to te lakiery są petardą! Udało mi się póki co upolować jedynie kolor Red Rose - przepiękna głęboka czerwień - i z nim współpracuje się, jak z lakierami z wyższej półki. Kolor jest nasycony, kryje po jednej warstwie i wygląda po prostu pro. możecie go zobaczyć na zdjęciu poniżej zaraz koło czerni.


    Podsumowując osobiście nie polecam lakierów LaQuell z serii Neonatic, bo więcej się nadenerwujecie, niż nacieszycie. Lakiery kiepsko kryją, średnio wyglądają i uważam, że nie są warte nawet tych 10 zł. Co innego lakiery Stay Forever, które są moim zdaniem świetne. Na pewno zapoluję jeszcze na jakieś inne kolorki.

Używacie lakierów hybrydowych? Jakie są Wasze ulubione marki? A może miałyście styczność z lakierami z Biedronki i możecie się wypowiedzieć na ich temat?
Lakier hybrydowy Neonail w odcieniu Orchid

16.8.18

Lakier hybrydowy Neonail w odcieniu Orchid

    Hybrydy na paznokciach robię już ładnych parę lat, ale co ciekawe na blogu debiutu jeszcze nie miały. Zacznę może od tego, że od zawsze byłam posiadaczką miękkich i rozdwajających się paznokci, a o długich migdałkach mogłam sobie jedynie pomarzyć. Te z Was, które są ze mną dłużej wiedzą doskonale, że wszelkie odżywki do paznokci oraz suplementy diety nie są mi obce. Niestety nic nie dawało efektu na dłuższą metę, zawsze wraz z odstawieniem suplementu paznokcie wracały do poprzedniego stanu. Dopiero sięgnięcie po lakiery hybrydowe pozwoliło mi na uzyskanie takich paznokci, o jakich zawsze marzyłam. I to do tego stopnia, że pozbyłam się wszystkich zwykłych lakierów, a miałam swego czasu całkiem pokaźną ich kolekcję (klik)

    Jedną z moich ulubionych marek produkujących lakiery hybrydowe jest marka Neonail. Dzisiaj na tapetę bierzemy odcień Orchid, pochodzący z kolekcji Candy Girl. Co ciekawe kolor bardzo ciężko określić, ponieważ wygląda zupełnie inaczej w zależności od karnacji lub oświetlenia. Czasem wygląda bardziej jak liliowy, czasem wybijają się różowe tony, a czasem to taki delikatny fiołek. Dzięki temu paznokcie stają się niebanalne i zwracają uwagę otoczenia. Nie znam drugiego takiego koloru.

    Co do jakości, hybrydom Neonail absolutnie nie mam nic do zarzucenia. Lakiery są na tyle gęste, że wystarczy jedna warstwa, żeby równomiernie pokryć paznokieć. Dokładanie kolejnych cieniutkich warstw nie stanowi żadnego problemu i pogłębia kolor. Hybryda trzyma się bez zarzutu od nałożenia do ściągnięcia.

Podoba się Wam kolor? Co myślicie o fioletach na paznokciach?
DR IRENA ERIS BODY ART BUST C+ CARE - INTENSYWNY KREM UJĘDRNIAJĄCO-REGENERUJĄCY DO BIUSTU

10.4.17

DR IRENA ERIS BODY ART BUST C+ CARE - INTENSYWNY KREM UJĘDRNIAJĄCO-REGENERUJĄCY DO BIUSTU

Przyznam szczerze, że przez bardzo długi okres czasu z kosmetykami do pielęgnacji biustu jakoś nie było mi szczególnie po drodze. Czasem zamówiłam jakiś tam ujędrniający krem z Avon, ale generalnie omijałam "te półki" w drogeriach dość szerokim łukiem, udając że to mnie zupełnie nie dotyczy. Tematem zainteresowałam się dopiero po skończeniu trzydziestki (i zrzuceniu kilkunastu kilogramów), ponieważ nie od dziś wiadomo, że po trzydziestce wszystko się zmienia...

Jestem właścicielką biustu w rozmiarze D80, czyli, nie ukrywajmy, do najmniejszych nie należy. Przy takich wymiarach dobór odpowiedniego biustonosza to już połowa sukcesu, ale teraz już wiem, że dobór odpowiedniej pielęgnacji to jest dopiero klucz do sukcesu.


Unikatowy intensywny krem do biustu pomaga udoskonalić jego kształt i ujędrnić skórę za sprawą kompleksu Firmix C+. Synergia działania błękitnego retinolu oraz kwasu foliowego intensywnie uelastycznia skórę.
Sposób użycia: Polecany do codziennej pielęgnacji skóry biustu o pełniejszych kształtach. Szczególnie polecany jako kuracja ujędrniająca w trakcie stosowania diet odchudzających.

Czytając opis producenta wydawało mi się, że jest to dokładnie taki produkt, jakiego potrzebuję - miał poprawić kształt biustu, uelastycznić skórę, a przy tym nawilżyć. Skrupulatnie więc wcierałam go na noc przez ostatnie trzy tygodnie, obserwując efekty. Po trzech tygodniach przyszła pora na podsumowanie.


Opakowania marki Dr Irena Eris zawsze prezentują się wyśmienicie, i nie inaczej jest w tym przypadku. Butelka utrzymana w kolorystyce biało-srebrnej, z pompką typu air-less, zawiera 100 ml produktu. Po trzech tygodniach codziennego wsmarowywania zużycie oceniam na około 30%, czyli produkt jest wydajny. Jedno naciśnięcie pompki dozuje dawkę kosmetyku, wystarczającą na jednorazową aplikację.

Krem dzięki jasnoróżowemu kolorowi oraz perfumowanemu zapachowi sprawia wrażenie bardzo ekskluzywnego. Aplikacja jest przyjemna, a sam produkt błyskawicznie się wchłania.


Pierwsze efekty odczuwamy natychmiastowo - skóra jest przyjemna w dotyku, sprawia wrażenie odżywionej, a efekt utrzymuje się przez cały następny dzień. Po kilku dniach zauważyłam, że poprawił mi się się owal piersi, nabrały ładniejszego kształtu. Myślę, że posiadaczki większych piersi doskonale wiedzą o czym mówię. Zauważyłam również, że poprawił mi się wygląd dekoltu - skóra jest bardziej sprężysta, wygładzona i ma ładniejszy kolor.


Po trzech tygodniach stosowania kremu Bust C+ Care śmiało mogę napisać, że jest to świetny produkt. Żadna obietnica producenta nie została napisana na wyrost, a samo używanie jest czystą przyjemnością. Krem faktycznie przyczynił się do poprawy wyglądu moich piersi, skóra jest nawilżona i widocznie odżywiona. Polecam szczególnie kobietom z większym biustem oraz borykającym się z jędrnością skóry piersi.

Składniki aktywne: lecytyna (Lecithin), witamina E (tokoferol), skrzyp polny (Equisetum Arvense), Centella Asiatica, żeń- szeń (Panax Ginseng), algi mikroalgi zielone (Chlorella), algi błękitne (Algae Extract, błękitny retinol), Sodium Chondroitin Sulfate, folacyna (kwas foliowy), olej z pestek jabłka (Pyrus Malus Fruit Extract), Błękitna alga (Aphanizomenon Flos-aquae).
BIOTYNA / WITAMINA B7 (H), CZYLI NAJLEPSZY SUPLEMENT DIETY NA WŁOSY SKÓRĘ I PAZNOKCIE

29.3.17

BIOTYNA / WITAMINA B7 (H), CZYLI NAJLEPSZY SUPLEMENT DIETY NA WŁOSY SKÓRĘ I PAZNOKCIE

    Pierwszy raz z biotyną zetknęłam się zaraz po odkryciu suplementu diety Country Life - Maxi Hair Plus. Byłam z niego tak zadowolona, że rozłożyłam skład na czynniki pierwsze, próbując odnaleźć sprawcę ogromnej poprawy kondycji moich włosów. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały własnie na biotynę, która akurat w tym suplemencie jest w dawce 5000 mcg (µg) . Ciekawość kazała mi iść krok dalej i sprawdzić dawki biotyny w innych aptecznych suplementach na skórę, włosy i paznokcie. Okazało się, że większość z nich zawiera zazwyczaj jedynie śladowe ilości biotyny - dla przykładu, słynny ostatnio suplement Hairvity zawiera jedynie 50 µg, a Merz Spezial jedynie 60 µg. Zaintrygowana sięgnęłam więc po czystą biotynę 5000 mcg...


    Biotyna, nazywana najczęściej witaminą B7, witaminą H lub też koenzymem R, to nic innego jak kwas organiczny, stanowiący koenzym dla karboksylaz, niezbędny do właściwego działania naszego organizmu. Łopatologicznie rzecz ujmując biotyna wpływa na prawidłowe funkcjonowanie skóry, włosów i paznokci. Jej niedobór prowadzi do występowania różnego rodzaju zmian skórnych - łuszczenia się naskórka, łojotoku, czy też wypadania włosów lub pogorszenia ich kondycji, zmniejszenia grubości włosa oraz sprężystości, jak również rozdwajania się płytek paznokciowych. Potoczna nazwa witamina H wywodzi się od niemieckiego słowa haut określającego właśnie skórę.


    Żeby lepiej przekonać się o właściwościach tego suplementu odstawiłam na jakiś czas Maxi Hair Plus, tak żeby moje włosy mogły powrócić do swojego standardowego stanu (jak wiadomo tabletki zazwyczaj utrzymują efekt tak długo, jak długo dany preparat stosujemy). Kurację rozpoczęłam dokładnie 24-go lutego, przyjmując 1 tabletkę dziennie, zgodnie z zaleceniami na opakowaniu.


Dzisiaj, po ponad miesiącu regularnego przyjmowania biotyny, przyszedł czas na podsumowanie:

  1. Włosy przestały mi wypadać, zdecydowanie lepiej się układają, są grubsze i odbite od nasady, a miesięczny przyrost szacuję na około 3 cm. Dodatkowo mam całą głowę w uroczych babyhair, a na czole praktycznie dodatkową warstwę grzywki.
  2. Zagęściły mi się brwi! A byłam już pewna, że jest to w moim przypadku niemożliwe. Nawet Ola, która miesiąc w miesiąc ogarnia moje brwi, to zauważyła (przy okazji polecam wpis o moich brwiach).
  3. Nareszcie mam znów długie paznokcie (wrzucałam nawet zdjęcia na Instagramie - klik).
  4. Nie czuję się zmęczona - wyczytałam, że niedobór biotyny może prowadzić również do permanentnego uczucia zmęczenia, senności, czy nawet depresji.


    Zdecydowałam się na początek zakupić biotynę 5000 mcg marki Puritan's Pride (podobno ta marka jest najlepsza). Dostępne są również dawki 7500 mcg oraz 10000 mcg. Moje opakowanie zawiera 60 tabletek i ma mi wystarczyć na 2 miesiące kuracji. Koszt takiej 2-miesięcznej kuracji to jedynie 18 zł. W porównaniu do cen tych bardziej znanych aptecznych suplementów (60-100 zł), cena biotyny wydaje się wręcz śmiesznie niska. Myślę więc, że po zużyciu tego opakowania sięgnę po mocniejszą dawkę 7500 µg. Warto tutaj nadmienić, że biotyny nie da się przedawkować, nie odnotowano żadnych efektów ubocznych, jej nadmiar jest po prostu wydalany z moczem.


    Żeby nie był gołosłowną zamieszczam zdjęcie widocznych baby hair, zrobione dokładnie po 30 dniach od rozpoczęcia kuracji. Jak już wspominałam wcześniej, włosy są również widocznie odbite od nasady, a moje brwi gęstsze i ciemniejsze. Uważam, że efekty są fenomenalne, zwłaszcza mając na uwadze niską cenę produktu. Jestem bardzo ciekawa jakie efekty będą miały miejsce po kolejnych 30 dniach. Jeśli chcecie być na bieżąco upewnijcie się, że obserwujecie bloga, lubicie vexgirl na Facebooku i arletaorlowicz na Instagramie.


Co myślicie o kuracji biotyną? Macie jakieś doświadczenia z tym lub z innymi suplementami? Koniecznie podzielcie się w komentarzach.


P.S. W związku z licznymi pytaniami informuję, że swoje opakowanie biotyny zakupiłam na allegro u sprzedawcy planeta-zdrowia.
AURIGA - FLAVO C - SERUM PRZECIWZMARSZCZKOWE

21.3.17

AURIGA - FLAVO C - SERUM PRZECIWZMARSZCZKOWE

Wczoraj o godzinie 11:29 Słońce przeszło przez punkt Barana i tym samym rozpoczęła się nam astronomiczna wiosna, dzisiaj natomiast zaczęła się nam już wiosna kalendarzowa. Myślę, że to świetna okazja, żeby poopowiadać na blogu o produkcie, po który zawsze bardzo chętnie sięgam właśnie na wiosnę.


Co roku, zaraz po okresie jesienno-zimowym, czyli tzw. okresie grzewczym, moja skóra jest bardzo przesuszona i mocno poszarzała. Na domiar złego, dużo łatwiej wtedy u mnie o różnego rodzaju alergie, swędzące plamki, czy zaczerwienienia. Nie trudno się domyślić, że jest to oczywiście wynik przesuszonego powietrza (nie tylko od grzejników, ale również od wszechobecnej ostatnio klimatyzacji) oraz braku słońca. W takich sytuacjach sięgam zawsze po sprawdzony przeze mnie kosmetyk, czyli serum przeciwzmarszczkowe Auriga Flavo-C z witaminą C 8%. Podkreślam tutaj procent, ponieważ dostępna jest również wersja Forte 16%, natomiast nie miałam okazji jej jeszcze użyć i recenzja dotyczy wersji 8%.


★ OBIETNICE PRODUCENTA

Spektakularne rozświetlenie skóry, dodanie skórze blasku, wygładzenie i spłycenie zmarszczek, prewencja przeciwzmarszczkowa dzięki ograniczeniu działania wolnych rodników, wzmocnienie naczyń krwionośnych. Szczególnie polecane dla osób od około 25-go roku życia, aby opóźnić pojawienie się pierwszych zmarszczek; w przypadku już istniejących zmarszczek oraz innych oznak starzenia się skóry, takich jak utrata elastyczności, plamy barwnikowe; dla palaczy oraz osób przebywających często w klimatyzowanych pomieszczeniach; w warunkach miejskich, aby wzmocnić procesy naprawcze skóry; w przypadku skóry zniszczonej słońcem. 


Mając na uwadze, że większość z punktów wymienionych w opisie producenta dla kogo skierowane jest serum, pasuje do mnie, nie mogłam przejść koło niego obojętnie. Pierwsza buteleczka trafiła w moje ręce wiosną 2014 roku i od tego czasu kupuję je regularnie. Buteleczka, którą widzicie na zdjęciach to moje trzecie opakowanie.

W aptekach dostępne są pojemności 15 ml i 30 ml. Ja zawsze kupuję 30 ml, ponieważ starcza mi wtedy aż do lata, czyli mniej więcej na 3 miesiące stosowania. Po takim okresie moja skóra jest w naprawdę dobrej, zadowalającej mnie kondycji. Warto też nadmienić, że obie wersje sprzedawane są w białych szklanych butelkach z pipetką, która dozuje nam odpowiednią ilość preparatu. U mnie sprawdza się proporcja jednej pipetki na całą twarz i skórę szyi.


Serum ma bardzo specyficzny ziołowo-naturalny zapach i uprzedzam, że nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie się nawet podoba, więc stosowanie go jest dla mnie przyjemnością. Co prawda zaraz po aplikacji skóra ma tendencję do klejenia się, ale trwa to jakieś 20 min. Po tym czasie śmiało można już aplikować krem. Serum wchłania się nie pozostawiając tłustej warstwy, więc teoretycznie można go stosować rano i wieczorem. No ale kto z nas ma rano 20 minut na to aż serum się wchłonie? Ja ograniczam się do używania go jedynie na noc i jestem z efektów zadowolona.

★ ZA CO LUBIĘ SERUM AURIGA FLAVO-C?

Odpowiedź jest banalnie prosta - za efekty jakie zapewnia mojej skórze. Efekty zauważalne od razu, już przy pierwszej aplikacji to napięta, miła w dotyku skóra. Po kilku dniach pory stają się mniej widoczne, skóra jest lepiej nawilżona, a napięcie jeszcze bardziej odczuwalne. Po około miesiącu koloryt skóry staje się bardziej wyrównany, a twarz staje się rozjaśniona i promienna.

Śmiało mogę stwierdzić, że serum zapewnia mojej skórze zdrowy wygląd.



★ CZY POLECAM FLAVO-C?

Oczywiście, że TAK. Jest to naprawdę dobry kosmetyk, który za każdym razem zapewnia mi takie efekty, jakie producent nam obiecuje. Moja skóra naprawdę je lubi i odwdzięcza mi się pięknym wyglądem. Oczywiście kusi mnie jeszcze wersja 16%, ale nie jestem pewna czy moja skóra potrzebuje aż takiej dawki.
FOREO LUNA MINI - SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA TWARZY

7.3.17

FOREO LUNA MINI - SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA TWARZY

Soniczne szczoteczki do oczyszczania twarzy bez wątpienia zrewolucjonizowały rynek kosmetyczny. Wszędzie wokół mówi się o tym, że oczyszczanie to już nie tylko demakijaż i ewentualnie peeling raz w tygodniu, ale przede wszystkim dobrze dobrana, codzienna pielęgnacja skóry. I tak z popularnego kiedyś manualnego oczyszczania, przerzuciliśmy się na zabiegi mikrodermabrazji, żeby w końcu sięgnąć po specjalistyczne urządzenia przeznaczone właśnie do oczyszczania. Te najbardziej popularne, to urządzenia marek Clarisonic, Foreo oraz Philips.

Okazało się, że zgodnie z obietnicami producentów, faktycznie zapewniają efekt oczyszczonej, wygładzonej i rozjaśnionej skóry już praktycznie po pierwszym użyciu i tym samym stały się hitem sfery beauty. Nie bez powodu więc szczoteczka Clarisonic Mia 2 otrzymała nagrodę Beauty Awards Shape 2012, natomiast Foreo Luna mini nagrodę ELLE Beauty Award 2014. Clarisonic Mia 2 recenzowałam na blogu już jakiś czas temu (klik), zatem dzisiaj przyszła pora na recenzję urządzenia marki Foreo.



LUNA™ mini STYLOWE & KOMPAKTOWE OCZYSZCZANIE TWARZY
LUNA™ mini to barwne urządzenie do pielęgnacji twarzy o wielkości dłoni, które delikatnie oczyszcza twarz za pomocą innowacyjnej technologii T-Sonic™. Ta ergonomiczna szczoteczka do twarzy z 3-strefową powierzchnią jest odpowiednia dla każdego rodzaju skóry.
LUNA™ mini jest objęta 2-letnią ograniczoną gwarancją oraz 10-letnią gwarancją jakości.
Wystarczy tylko 1 minuta zastosowania dwa razy dziennie dla poprawy kolorytu skóry w zaledwie 3 dni. Niedoskonałości wywołane zanieczyszczeniami są delikatnie oczyszczone, po czym skóra lepiej wchłania składniki odżywcze kosmetyków, wyglądając zdrowo i promiennie.

Zacznę od tego, że szczoteczka którą widzicie na zdjęciach ma ponad 2 lata. Używam jej codziennie od września 2014 roku i najdłuższa rozłąka jaka nam się do tej pory przydarzyła to moje 3-tygodniowe wakacje w Azji - nie celowo, po prostu zapomniałam ją spakować do walizki. Oprócz tego incydentu, z moją Foreo Luna mini praktycznie się nie rozstaję. Myślę, że jest to wystarczający dowód na to, że przestrzegając kilku prostych zasad, możemy cieszyć się szczoteczką długie lata, a 10-letnia gwarancja jakości producenta nie jest marketingowym bullshitem.

Pamiętaj!
Nie wyklucza się użytku żadnego płynu do mycia twarzy wraz ze szczoteczką LUNA™ mini, lecz w celu zachowania optymalnego stanu urządzenia, nie zaleca się korzystania z kosmetyków zawierających krzem, silikon lub granulki peelingowe, ponieważ mogą spowodować uszkodzenie silikonowych wypustek.
Nigdy nie czyść urządzenia substancjami zawierającymi: alkohol, benzynę lub aceton.


Na czym polega fenomen Foreo Luna?



Przede wszystkim szczoteczka po prostu świetnie oczyszcza skórę, i to w widoczny dla gołego oka sposób. Podobno zawdzięczamy to technologii sonicznej T-Sonic™ (8000 pulsacji na minutę), która zapewnia delikatne złuszczanie martwego naskórka, usunięcie pozostałości makijażu oraz dogłębne oczyszczenie porów z brudu i sebum. W praktyce szczoteczka zwyczajnie nam w ręce wibruje, a reszta dzieje się sama - skóra jest odczuwalnie gładsza, oczyszczona, a zastosowane później kosmetyki pielęgnacyjne bardzo dobrze się wchłaniają.

Kolejnymi zaletami Luny są jej bezprzewodowość i całkowita wodoodporność, co oznacza że urządzenie mogę używać zarówno pod prysznicem, jak i w wannie. Podobnie zresztą było w przypadku Clarisonic Mia 2, więc nie wyobrażam sobie zrezygnowania z takiej wygody. W zestawie otrzymujemy oczywiście kabelek zasilający USB, który po podłączeniu do komputera w godzinę naładuje nam urządzenie. Co ciekawe odkąd używam szczoteczki ładowałam ją łącznie 5 razy. Zgodnie z tym co obiecuje nam producent, pełne naładowanie wystarcza nam do 300 zastosowań, co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto, tak jak ja, sporo podróżuje.


Dlaczego Foreo Luna mini jest lepsza od innych szczoteczek tego typu?

Wspominałam wyżej, że szczoteczki używam od września 2014 roku, czyli dokładnie od momentu napisania recenzji Clarisonic Mia 2. Dlaczego tak się stało? Ponieważ Foreo Luna mini całkowicie zastąpiła Clarisonic, którą po kilku dniach zdecydowałam się puścić dalej w świat. Luna wygrała dwoma czynnikami - tym, że jest dużo bardziej kompaktowa oraz tym, że poprzez swoją higieniczność jest dużo bardziej ekonomiczna. Silikonowe wypustki wystarczy regularnie czyścić, a nie wymieniać całą końcówkę szczoteczki tak, jak w przypadku rozwiązania stosowanego w Clarisonic, czy Philips (dodatkowy koszt około 100 zł co 3 miesiące).

Szczoteczka, którą dzisiaj recenzuję to, jak już wspomniałam, Foreo Luna mini, czyli urządzenie pierwszej generacji. Posiada jedynie 2-stopniową regulację intensywności pulsacji oraz wykonana jest z nieco twardszego silikonu, niż jej nowsza siostra. Pomimo, że została zastąpiona, to w dalszym ciągu można kupić na stronie producenta za 399 zł (klik).

Jakiś czas temu marka Foreo wypuściła ulepszoną wersję Foreo Luna mini 2, która jest o około 50% większa od mojej szczoteczki, posiada udoskonaloną technologię T-Sonic oraz aż 8 regulowanych intensywności dla maksymalnego komfortu oczyszczania dopasowanego do osobistych preferencji. Nowa wersja dostępna jest w 5 wersjach kolorystycznych i kosztuje 599 zł (klik).

Szczoteczka Foreo Luna mini to najlepsze urządzenie do oczyszczania twarzy jakie miałam okazję używać. Uważam, że naprawdę warto w nią zainwestować, zwłaszcza, że w tym przypadku wydatek jest jednorazowy. Wasza skóra na pewno to doceni i odwdzięczy się pięknym wyglądem.
AZZEDINE - ALAÏA PARIS EDP

20.2.17

AZZEDINE - ALAÏA PARIS EDP

Perfumy to nieodłączny element mojego porannego rytuału - wprost nie wyobrażam sobie wyjść rano z domu nie spryskawszy się wcześniej jednym z moich zapachów. Czułabym się nieswojo, podobnie, jak wtedy gdy w pośpiechu wybiegnę, zapominając założyć zegarek. Ten odczuwalny brak czegoś drażni mnie przez cały dzień - zapewne większość z was wie o czym mówię. Mimo to, na blogu o perfumach piszę naprawdę bardzo rzadko (klik, klik i klik). Dlaczego? Ponieważ wychodzę z założenia, że tematyka perfum jest bardzo specyficzna i do opowiadania o nich trzeba mieć szczególny talent, którego ja po prostu nie posiadam. Wolę więc nie wychylać się za bardzo przed szereg i w tematach perfumiarskich zazwyczaj siedzę cicho.

Dlaczego więc postanowiłam się przełamać i napisać o zapachu Alaïa? Ano dlatego, że jest to zapach dla mnie szczególny i z zamiarem napisania o nim nosiłam się już od miesięcy...


SUPLEMENT DIETY MERZ SPEZIAL NA SKÓRĘ WŁOSY I PAZNOKCIE

31.1.17

SUPLEMENT DIETY MERZ SPEZIAL NA SKÓRĘ WŁOSY I PAZNOKCIE

Zatęskniło mi się za blogowaniem, zwłaszcza że ostatnio poczułam ukłucie jakiejś zazdrości (pozytywne!) przeglądając najnowsze notki na blogach koleżanek po fachu. Z drugiej strony nie ukrywam, że strasznie ciężko mi ostatnio wygospodarować te dwie godziny na przygotowanie sensownego wpisu. Sama przed sobą usprawiedliwiam się tym, że ostatnio naprawdę sporo podróżuję (co ciekawskich zapraszam na mój Instragram), ale wszyscy tu zebrani dobrze wiemy, że to jednak trochę wymówka.

Obiecując w duchu poprawę, na spokojnie usiadłam i napisałam dzisiejszą notkę. No dobra, z tym na spokojnie to trochę ściemniam, bo za 3 godziny mam samolot powrotny do domu. Tak czy inaczej dzisiejsza notka poszła mi wyjątkowo łatwo, bo temat dla mnie znany i lubiany. Z przyjemnością zapraszam Was na recenzję jednego z moich ulubionych suplementów diety - Merz Spezial Drages.


Jak już wspomniałam wyżej, drażetki Merz Spezial to dla mnie żadna nowość. Pierwsze opakowanie kupiłam sobie zagramanicą jakieś 10 lat temu. Efekt jaki był widoczny już po pierwszy opakowaniu spodobał mi się tak bardzo, że zaczęłam regularnie ściągać sobie kolejne opakowania z niemieckich aptek. Po kilku latach tabletki trafiły już na polski rynek, więc sprawa stała się o niebo łatwiejsza.

OBIETNICE PRODUCENTA
Drażetki Merz Spezial to unikatowe i bardzo skuteczne połączenie witamin i składników odżywczych skomponowanych w ten sposób, aby intensywnie odżywiać skórę, włosy i paznokcie oraz zapobiegać niedoborom składników wpływających na ich stan. Merz Spezial zapewniają promienną skórę o zdrowym wyglądzie. Kompleks witamin z grupy B oraz cynk odżywiają skórę i chronią ją przed uszkodzeniami. Pomagają również w zachowaniu elastycznej, gładkiej skóry o świeżym wyglądzie. Witaminy C i E przeciwdziałają szkodliwym wpływom wolnych rodników, a tym samym opóźniają proces starzenia. Nikotynamid zapobiega szorstkości skóry. Wyważona kompozycja specjalnych, odżywczych substancji pomaga skórze w jej codziennej regeneracji. Rezultatem jest gładka, delikatna, brzoskwiniowa cera. Kwas foliowy, niacyna, witaminy B1 i B12 wzmacniają strukturę włosów oraz sprawiają, że włosy stają się mocniejsze i bardziej elastyczne. Na prawidłowy przebieg procesu tworzenia się włosa w cebulce mają wpływ aminokwasy: cysteina i metionina, witaminy B12 i B2, biotyna oraz kwas pantotenowy. Włosy, które są odżywiane poprzez cebulki włosowe stają się zdrowsze, mocniejsze i piękniejsze. O stan paznokci dbają zawarte w Merz Spezial biotyna, żelazo i aminokwasy. Paznokieć jest odżywiany poprzez system naczyń krwionośnych skóry. Istotne jest, aby wspomagać paznokcie od wewnątrz dla zachowania ich dobrej kondycji. Odpowiednio odżywione paznokcie nie rozdwajają się, nie łamią i mają gładką powierzchnię.

1 opakowanie zawiera 60 tabletek, co wystarcza na cały miesiąc kuracji (łykamy 2 tabletki dziennie, po jednej rano i wieczorem). Orientacyjna cena opakowania w aptece waha się między 35 zł, a 60 zł, warto więc polować na promocje, bo te zawsze przecież gdzieś się znajdą.
Więcej informacji na temat tych tabletek możecie znaleźć na oficjalnej stronie internetowej Merz Special.


MOJA OPINIA
Merz Spezial kusi już samym opakowaniem, czyli ciężką ceramiczną buteleczką, utrzymaną w ciekawej biało-pomarańczowej kolorystyce. Nie sposób koło niej przejść obojętnie, a w trakcie szukania produktu w aptece na pewno go nie przeoczymy. Zawartość buteleczki również jest miła dla oka, ponieważ same tabletki są dość drobne, różowe i co najważniejsze, dzięki lekko śliskiej powłoce, wygodne w przełykaniu (a wiem, że dla wielu osób połknięcie tabletki to nie lada problem).


Stosując tabletki regularnie, za każdym razem pierwsze efekty widzę już po około 10-12 dniach. Pisząc pierwsze efekty mam na myśli przede wszystkim mniej rozdwojone paznokcie i mniej niespodzianek na twarzy. Wraz z kolejnymi tygodniami jest coraz lepiej, natomiast prawdziwa jazda zaczyna się po dwóch opakowaniach. Włosy zaczynają mi rosnąć znacznie szybciej, tj. około 2 cm na miesiąc, pojawia się mnóstwo baby hair, paznokcie są mocne i zupełnie przestają się rozdwajać. Kurację stosuję zawsze przez 3 miesiące i później odstawiam na co najmniej kolejne 3. Efekt utrzymuje się jeszcze przez około miesiąc po odstawieniu. Później wszystko standardowo wraca do normy.


PODSUMOWANIE
Merz Spezial to jedne z najlepszych suplementów diety na rynku. Jeśli zależy Wam na poprawieniu kondycji włosów i paznokci to zdecydowanie polecam te tabletki, ponieważ tak naprawdę mało który produkt da Wam aż takie efekty, Z mojej strony mały hint - lepszy skład mają jednak mimo wszystko niemieckie tabletki niż te polskie, więc jeśli tylko macie możliwość kupić wersję niemiecką (niemieckie apteki internetowe, allegro, wycieczka) nie wahajcie się ani chwili.
LA ROCHE-POSAY - ROSALIAC AR INTENSE - INTENSYWNA KURACJA NA MIEJSCOWE ZACZERWIENIENIA SKÓRY

19.12.16

LA ROCHE-POSAY - ROSALIAC AR INTENSE - INTENSYWNA KURACJA NA MIEJSCOWE ZACZERWIENIENIA SKÓRY

Dobór odpowiedniego kremu w okresie jesienno-zimowym to nie lada wyczyn. Zwłaszcza jeśli nasza skóra jest podatna na przesuszenie i łatwo staje się zaczerwieniona od zimna, tak jak moja. Z problemem skóry naczynkowej borykam się już praktycznie od lat, więc wierzcie mi, że czerwone od zimna policzki, czy pękające wokół nosa naczynka były stałym elementem mojego zimowego krajobrazu. Będą przekonana, że nic nie jestem w stanie z tym zrobić, na poprawę samopoczucia stosowałam po prostu zieloną bazę pod makijaż. Aż natknęłam się na krem Rosaliac AR Intense.


VICHY - TEINT IDÉAL - ROZŚWIETLAJĄCY PODKŁAD W KREMIE

1.12.16

VICHY - TEINT IDÉAL - ROZŚWIETLAJĄCY PODKŁAD W KREMIE

Jako posiadaczka skóry suchej i naczynkowej, a co za tym idzie często zaczerwienionej, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, ciągle poszukuję swojego świętego Graala w postaci podkładu idealnego. Idealnego, czyli takiego, który ładnie stopi się ze skórą, nie tworząc efektu maski, da mi możliwość budowania krycia (w razie potrzeby), a przy tym będzie wyglądać maksymalnie naturalnie. Ważnym aspektem jest dla mnie również, żeby nie przesuszał mi skóry oraz żeby zawierał filtr przeciwsłoneczny. Tym razem postawiłam na rozświetlający podkład w kremie Vichy Teint Idéal. Czy słusznie?


SERUM DO RZĘS BODETKO LASH - RECENZJA I EFEKTY

8.1.16

SERUM DO RZĘS BODETKO LASH - RECENZJA I EFEKTY

Już jako dwulatka byłam posiadaczką długich, gęstych i ciemnych rzęs. W szkole koleżanki zgrzytały zębami z zazdrości, a mama na każdym kroku chwaliła się koleżankom, jakie to piękne rzęsy odziedziczyłam po tacie (oh really?). Osobiście nigdy nie przywiązyłam do nich jakiejś szczególnej wagi i po prostu traktowałam je najzwyklejszą maskarą. Przyglądać się im zaczęłam dopiero przy okazji wielkiego bumu na odżywki do rzęs. Z ciekawości sięgnęłam najpierw po RevitaLash, później po LashFood, NeuLash, teraz natomiast przyszła kolej na... Bodetko Lash. Jeśli jesteście ciekawe mojej recenzji oraz efektu, zapraszam do lektury.


Pewnie zastanawiacie się jaki jest sens sięgania po odżwyki, skoro ma się ładne, niczego nie wymagające rzęsy. Ano dlatego żeby sprawdzić czy na wszystkie rodzaje rzęs działają i czy faktycznie efekt utrzymuje się po odstawieniu. W przypadku wcześniej wymienionych RevitaLash, LashFood oraz NeuLash efekt utrzymywał się jeszcze przez okres około 2 tygodni. Dupy nie urywa, zwłaszcza że miesięczna kuracja przykładowej RevitaLash kosztuje około 60 zł. Zanim jednak przejdę do konkretów na temat Bodetko Lash, najpierw przytoczę kilka słów od producenta:

Serum do rzęs BODETKO LASH dedykowane jest dla osób, które pragną mieć dłuższe i gęstsze rzęsy. Systematyczne stosowanie zapewni piękny i zdrowy wachlarz rzęs. Odżywkę można stosować przy doklejanych rzęsach gdyż nie wchodzi ona w żadną reakcję z klejem do rzęs.
Stosuj BODETKO LASH raz dziennie, a już po miesiącu zobaczysz rożnicę. Po 3 miesiącach regularnego stosowania będziesz się cieszyła długimi, gęstymi i mocnymi rzęsami.
Pojemności: 1,5 ml/89 zł lub 3 ml/149 zł. Do kupienia tutaj.


Odżywkę otrzymujemy w niewielkim eleganckim czarno-złotym kartoniku (na bank go gdzieś chowałam, żeby Wam pokazać, ale szlag by to, gdzieś go wcięło). Sama buteleczka również utrzymana jest w takiej samej tonacji, co zdecydowanie cieszy damskie srocze oko. Co do stosowania, to z założenia należy ją aplikować raz dziennie wieczorem tuż po demakijażu przez okres pierwszych 3 miesięcy. Po tym okresie wystarczy już tylko 2 razy w tygodniu, aby efekt się nam utrzymywał na dłużej.

Producent podaje, że buteleczka o pojemności 3 ml powinna nam starczyć na około 6-8 miesięcy. Moim zdaniem jest to trochę przesadzone i mnie starczyła raczej na jakieś 4-5 miesięcy. Ale zaznaczam, że podczas aplikacji jakoś szczególnie sobie jej nie skąpiłam.


Stosowanie odżywki rozpoczęłam zaraz na początku sierpnia i już po około 3 tygodniach dostrzegłam pierwsze efekty. Początkowo rzęsy stały się ciemniejsze i jakby rozsnące w jednym kierunku. Dość ciężko to wytłumaczyć, ale myślę że zdjęcie na samym dole powinno w miarę oddawać o czym mówię.
Dodam, że przez cały okres stosowania nie zaobserwowałam żadnych efektów ubocznych takich jak pieczenie, swędzenie, podrażnienie czy zaczerwienienie.

Kolejne tygodnie przyniosły jeszcze lepsze efekty w postaci objetości i rewelacyjnej długości. Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że moje rzęsy mogą być tak długie. Musiałam zmienić maskarę, ponieważ używając wydłużającego tuszu rzęsy zahaczały mi o okulary.


Na początku listopada, zgodnie z zaleceniami producenta zmniejszyłam częstotliwość aplikowania z codziennego na dwa razy w tygodniu. Faktycznie nie zaobserowałam żadnych zmian - rzęsy nadal wyglądały doskonale. W połowie grudnia, przez swoją głupotę i niedopatrzenie zapomniałam wziąć ze sobą odżywki na 10-dniowy wyjazd. Bałam się, że to mocno wpływnie na wygląd moich rzęs, ale nic bardziej mylnego. Wszystko było w jak najlepszym porządku.

Odżwyka skończyła mi się jakieś 3 tygodnie temu i rzęsy powoli zaczynają tracić na gęstości. Myśle, że jest to niestety nieunikniony proces przy stosowaniu tego typu produktów. Nie zmienia to faktu, iż uważam, że odżywka Bodetko Lash jest w tym momencie jedną z najlepszych odżwek na rynku. Przebija pozostałe ceną, brakiem podrażnienia oraz tym jak długo efekty utrzymują się po zakończeniu kuracji.

GARNIER FRUCTIS - GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE - SZAMPON WZMACNIAJĄCY

31.1.15

GARNIER FRUCTIS - GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE - SZAMPON WZMACNIAJĄCY

Co prawda szampon wzmacniający do włosów bardzo zniszczonych Garnier Fructis, o którym pisałam dwa tygodnie temu kompletnie się u mnie nie sprawdził (klik), ale postanowiłam dać marce jeszcze jedną szansę i sięgnęłam po kolejną pozycję, czyli szampon wzmacniający Garnier Fructis GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE. Nie dość, że znów według obietnic producenta jest to produkt dla mnie idealny, to jeszcze ma opakowanie w przepięknym malinowym kolorze. I to właśnie chyba wyłącznie przez ten rzucający się w oczy kolor, Garnier ponownie zagościł na mojej łazienkowej półce. Czy słusznie? Przeczytajcie sami.


Copyright © vexgirl