czwartek, 31 stycznia 2013

PORANNY NEWS WYWOŁUJĄCY SZEROKI UŚMIECH NA TWARZY

Uwaga, uwaga! Od dnia 11 marca 2013 roku na terenie Unii Europejskiej będzie obowiązywał zakaz importu oraz sprzedaży kosmetyków testowanych na zwierzętach.  

Oznacza to, że od 11 marca każdy kto będzie chciał sprzedawać nowe kosmetyki lub składniki do produkcji kosmetyków, nie może testować ich na zwierzętach, nawet poza terytorium Unii Europejskiej.
Zakaz ten dotyczy wszystkich kosmetyków od mydeł po pasty do zębów. The Body Shop jest jedną z niewielu marek kosmetycznych, w której zakaz ten nic nie zmieni, jeżeli chodzi o działalność firmy, ponieważ The Body Shop jest  od zawsze przeciwny przeprowadzaniu testów na zwierzętach.  

The Body Shop razem z Cruelty Free Interational planuje wyjątkowe wydarzenia podczas wielkiego odliczania do dnia 11 marca, zainspirowane zapewnieniem komisarza europejskiego, Tonio Borga, że zakaz wejdzie w życie w takiej formie, w jakiej został zaproponowany.  W swoim ostatnim liście wystosowanym do przeciwników testowania kosmetyków na zwierzętach Tonio Borg zapewnił: „Wierzę, że zakaz wejdzie w życie w marcu 2013 roku, zgodnie z decyzją Parlamentu Europejskiego. Nie przewiduję żadnego opóźnienia”. Proponowany zakaz wysyła silne przesłanie szczególnie do krajów, takich jak Chiny, gdzie nadal obowiązuje nakaz przeprowadzania testów na zwierzętach, zanim kosmetyk zostanie wprowadzony na rynek. Proponowany zakaz wzywa te kraje do zmiany polityki i zaprzestania testowania na zwierzętach.     
Dyrektor Wykonawczy organizacji Cruelty Free International powiedział: „Jest to naprawdę historyczne wydarzenie i finał naszej 20-letniej walki. Następnym etapem jest  rozszerzenie naszej działalności na wszystkie kraje na świecie, aby można było wprowadzić światowy zakaz przeprowadzania testów na zwierzętach."

W 1991 roku władze organizacja BUAV (założyciele organizacji Cruelty Free International) powołali do życia europejską koalicję największych organizacji walczących w obronie praw zwierząt (ECEAE), której celem było wprowadzenie zakazu przeprowadzania testów na zwierzętach w celu produkcji kosmetyków. Zapoczątkowało to 20-letnią kampanię w krajach europejskich. W 1993 roku The Body Shop, pierwsza firma kosmetyczna, która podjęła działania w tym obszarze,  poparła kampanię poprzez zdobycie poparcia swoich klientów w krajach europejskich. Trzy lata później, w 1996 roku, założycielka The Body Shop,  Anita Roddick, dołączyła do ECEAE podczas przygotowania petycji wystosowanej do Komisji Europejskiej, która ostatecznie została podpisana przez 4 miliony osób.     

W 2012 roku organizacja BUAV powołała do życia Cruelty Free International, pierwszą globalną organizację ściśle dedykowaną walce z testowaniem kosmetyków i składników kosmetycznych na zwierzętach.  The Body Shop w porozumieniu z Cruelty Free International rozpoczął międzynarodową kampanię, której petycja, nawołująca do wprowadzenia zakazu testowania na zwierzętach, została podpisana przez członków 55 państw.

Więcej informacji możecie przeczytać tu.

Dawno żadna informacja nie ucieszyła mnie tak bardzo. Uważam, że to ogromny krok cywilizacyjny, który wpłynie nie tylko na rynek kosmetyczny, ale również na naszą codzienność. Cieszę się niezmiernie, że coraz lepiej traktuje się zwierzęta, coraz więcej mówi się o bestialskim obchodzeniu się z nimi i faktycznie widać efekty walki z tym. Mam ogromną nadzieje, że my, jako ludzie, nareszcie zrozumiemy, że zwierzęta są taką samą częścią świata jak my i należy im się odpowiedni szacunek.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

OPERACJA ZAKUP PLANOWANY

Gotowanie na parze nigdy nie było w moim domu praktykowaną metodą gotowania, mimo, że jest to prosty i szybki sposób na pyszny i przede wszystkim zdrowy posiłek. Taki sposób przyrządzania potraw pozwala nam zupełnie zrezygnować z użycia soli i tłuszczu, a tak przyrządzone dania zachowują maksymalną ilość witamin i minerałów. Z powyższych względów postanowiłam zakupić sobie urządzenie o jakże oryginalnej nazwie - parowar (nie mylić z parowozem). Wstępnie zastanawiałam się nad dość prostymi modelami, ale w końcu padło dzisiaj na Tefal VS 7001 z bajerancką funkcją Vitamin +.

(zdjęcie pochodzi ze strony producenta)

DANE TECHNICZNE:
- wyjątkowy sposób umieszczenia koszyków obok siebie, aby zapachy i smaki potraw nie mieszały się
- dwa koszyki wykonane ze stali nierdzewnej
- chromowana podstawa
- specjalna taca do sosów lub ryb pokryta powłoką nieprzywierającą
- kubeczki smaku - 6 szklanych pojemników do przygotowywania deserów i musów
- funkcja podtrzymywania ciepła
- funkcja Vitamin+ przyspieszająca parowanie i zachowująca więcej witamin
- maksymalna pojemność misy 10,0 l
- odrębny pojemnik na ryż
- 60 min wyłącznik czasowy
- wskaźnik poziomu wody
- zewnętrzne uzupełnianie wody
- lampka kontrolna
- moc 2000 W   
- funkcja 3 w 1 pomaga utrzymać indywidualny smak każdego gotowanego dania 
- koszyki ze stali nierdzewnej łatwe do mycia


Prawda, że jest piękny? Tak więc uwaga! zdrowe żarełko! nadchodzę!
A co Wy myślicie o parowarach? Przydatne urządzenie, czy może zbędny gadżet?

czwartek, 24 stycznia 2013

TROSZKĘ O PĘDZLACH, PO KTÓRE NAJCHĘTNIEJ SIĘGAŁAM W 2012 ROKU

Dzisiaj mam dla Was notkę, w której chciałam pokazać Wam pięć pędzli, po które sięgałam najczęściej w roku 2012. Jest to swego rodzaju początek podsumowań najlepszych kosmetyków i akcesoriów minionego roku, ponieważ wiem, że takie notki czytać lubicie. Mam nadzieję, że cykl przypadnie Wam do gustu.

Zanim przejdę do wymieniania poszczególnych pędzelków, chcę nadmienić co w codziennym makijażu jest dla mnie najważniejsze, ponieważ łatwiej będzie Wam zrozumieć dlaczego są to akurat te pędzelki, a nie inne. Makijaż podstawowy to dla mnie ukrycie niedoskonałości, wykonturowanie twarzy oraz podkreślenie brwi i oka, czyli podkład + bronzer + cienie. Eyeliner, róż i szminkę stosuję jedynie od święta.


Rok 2012 był rokiem, w którym wypróbowałam mnóstwo pędzli do makijażu - nowości Hakuro, nowości Real Techniques, pędzle Annabelle Minerals, czy moje pierwsze pędzelki MAC. Do pędzli Real Techniques zapałałam wręcz miłością, ponieważ są to świetne produkty za naprawdę niewielkie pieniądze (moją kolekcję chwaliłam się tu). Zdecydowanym beniaminkiem tego zbioru jest pędzel expert face brush, którego używam do aplikacji podkładu płynnego. Ma bardzo miękkie włosie, ale nie na tyle żeby nieestetycznie smużyć, świetnie leży w dłoni, a do tego jest łatwy w utrzymaniu - piorąc go wieczorem, rano jest już suchutki. Warto nadmienić, że mam go już prawie rok, piorę trzy razy w tygodniu i nadal wygląda jak nówka.

Drugim pędzlem do twarzy, po którego sięgam bardzo często jest angled blush brush marki Sephora. Stosuję go głównie do aplikacji bronzera, ale czasem także i różu. Wykonany jest z włosia naturalnego, jest mięciutki i puchaty, ale lubi nabrać za dużo kosmetyku. Trzeba więc pamiętać o strzepnięciu tego nadmiaru. Poza tym pędzelek świetny.


Kolejny pędzelek to również wytwór marki Real Techniques, a mianowicie brow brush, którego używam wyłącznie do aplikowania cienia na brwi. Do tej czynności ma idealną wielkość i świetne sprężynujące włosie. Nadanie odpowiedniego kształtu brwiom zajmuje mi dosłownie kilka sekund.

Pędzla MAC 217 nie muszę przedstawiać chyba nikomu. Jest to najlepszy pędzel jaki kiedykolwiek został wyprodukowany, a raczej wypuszczony na rynek. Jest miażdżąco uniwersalny - można nim cień nałożyć, rozblendować, nałożyć korektor pod oczy, a nawet w ekstremalnych warunkach szminkę. Ten pędzel to absolutny must have każdej malującej się kobiety.

Ostatnim pędzlem jest Maestro 320, który służy nam do nakładania cienia na powieki. Rozmiar należy dobrać do wielkości własnej powieki, ja zdecydowałam się na pędzel w rozmiarze 8. Jestem z niego bardzo zadowolona, spełnia swoją rolę jak powinien. Minusem jest tylko długość rączki, przez którą czasem zahaczam o lusterko. Ale wybaczam mu.

I to by było na tyle. Oczywiście wszystkie przedstawione tu pędzelki polecam Wam z czystym sumieniem.
A może Wy macie jakiś pędzelkowych ulubieńców? Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach!

środa, 23 stycznia 2013

KILKA ZDAŃ NA TEMAT MARCOWEGO SPOTKANIA BLOGEREK

Pytacie mnie w mailach o kilka kwestii związanych ze spotkaniem i jako, że pytania te często się powielają, pozwolę sobie odpowiedzieć tu, zamiast każdej z Was odpowiadać indywidualnie. Nie wynika to ze złej woli tylko tak po prostu będzie szybciej.

Najczęściej pytacie mnie o kryteria wyboru blogów. Niejako kryteria narzucają się same, ponieważ zgłoszeń od wczoraj otrzymałam prawie 60, a wolnych miejsc przewidzianych na spotkanie jest jedynie 30 (może uda mi się wynegocjować 40, ale nic nie obiecuję). Tak więc musiałam brać pod uwagę ruch sieciowy na blogu (stąd prośba o statystyki), staż w blogosferze, wiek autorki oraz atrakcyjność bloga dla potencjalnych firm sponsorujących. Kilka z Was otrzymało maila z informacją, że są na tzw. liście rezerwowej, która została stworzona na potrzeby sytuacji kiedy uda nam się dobić do 40 miejsc lub gdy ktoś po prostu zrezygnuje.

Kolejne najczęściej zadawane pytanie to czy będą tańce. Nie sądziłam, że moja wypowiedź o zabraniu wygodnych butów wzbudzi aż tak wiele pytań. Powiem Wam tylko tyle, że jeśli będziecie chciały tańczyć, to będzie oczywiście taka możliwość. Osoby nie pałające się do tego na pewno będą miały zajęcie (inne niż podpieranie ścian).

Co do straszliwie często przewijającego się pytania o procenty pozwolicie, że jeszcze się nie wypowiem, ponieważ na dzień dzisiejszy mam zdecydowanie za mało danych. Tak czy inaczej głęboko wierzę w to, że będziecie zadowolone.

Oficjalna lista uczestniczek zostanie opublikowana 9 lutego 2013 r. i wtedy też postaram się podać Wam troszkę więcej szczegółów. Póki co działam intensywnie, ślęczę kilka godzin dziennie przed mailami i użeram się z... instytucjami ;)

wtorek, 22 stycznia 2013

SPOTKANIE KRAKOWSKICH BEAUTY-BLOGEREK

Kochani,
jak wiecie dojście do siebie po organizacji ostatniego spotkania zajęło mi troszkę czasu. Powracam pełna sił, motywacji i entuzjazmu i tym samym mam zaszczyt zaprosić Was na kolejne spotkanie krakowskich i okołokrakowskich beauty-blogerek, które odbędzie się 2 marca 2013 r. w Akademii Rozwoju Osobistego Kobiet Meli-Melo przy ul. Krowoderskiej 68/3 (parter). Start o godzinie 16:00.


Podobnie jak ostatnio, również i tym razem tworzymy listę uczestniczek spotkania. Chęć uczestnictwa zgłaszajcie proszę mailem na adres vexgirl@gmail.com. W mailu muszą znaleźć się Wasze podstawowe dane, czyli imię, nick, adres bloga, ilość obserwatorów oraz miesięczna liczba wyświetleń bloga. Pamiętajcie również, że wpisowe to koszt 30 zł, które w całości przeznaczone jest na catering. W ciągu 24 h od wysłania do mnie maila otrzymacie maila zwrotnego z informacją o statusie.

Na Wasze zgłoszenia czekam do końca stycznia - lista zostanie zamknięta dokładnie 31 stycznia o 23:59 i od tego czasu maile nie będą już przyjmowane.

Póki co zdradzę Wam tylko, że tym razem impreza nie będzie siedząca, więc nie zapomnijcie przygotować sobie wygodnych butów...

P.S. W miarę możliwości proszę o podanie tej informacji dalej :)

niedziela, 20 stycznia 2013

PUDEŁKO GLOSSYBOX - EDYCJA LISTOPAD 2012

Od razu uprzedzam, że z Waszym blogrollem wszystko w porządku, za to gorzej z moim poczuciem czasu. Dzisiaj kolejny post, w którym nadrabiam swoje blogowe zaległości, czyli pudełko Glossybox w odsłonie listopadowej (będzie rzecz jasna jeszcze grudniowe i mam nadzieję na dniach pojawi się także styczniowe).


Myślą przewodnią listopadowego pudełeczka jest "jesienne odkrycia z Glossybox!" i choć samo pudełko należy do całkiem udanych, tak zdanie przewodnie nijak mi do zawartości boxu nie pasuje. Jesień kojarzy mi się z cynamonowymi świeczkami, korzennymi ciasteczkami, czy szarlotkowymi balsamami do ciała, a zawartość pudełka odbiega od tego totalnie.


W listopadowym boxie otrzymujemy jak zwykle 2 pełnowymiarowe produkty i 3 miniaturki. Oprócz kosmetyków w pudełku znalazł się również bon na zakupy w sklepie answear (nie wiem dlaczego, ale nigdy w życiu nie robiłam tam zakupów).

Chyba największym hitem pudełka jest 5 ml miniatura perfum Chloe w kolekcjonerskim maleńkim flakoniku. Zapach jest delikatny, kwiatowy i dziewczęcy - ekipa Glossybox spisała się na medal, bo chyba nie dało się wybrać bardziej uniwersalnego zapachu. Zapach Chloe nie zwala z nóg, ale też nie drażni i nie przeszkadza w noszeniu. Niestety jak dla mnie jest zbyt nijaki.


Pierwszym produktem pełnowymiarowym jest nawilżający krem pod oczy marki GlySkinCare. To właśnie dzięki temu produktowi zainteresowałam się marką, ponieważ przed otrzymaniem pudełka nigdy wcześniej o marce nie słyszałam. Z kremu jestem bardzo zadowolona, ma świetne właściwości nawilżające, bardzo dobrze sprawdza się pod makijaż i ładnie wygląda na toaletce. Szerzej o kremie możecie przeczytać na blogu Kasi.


Drugim pełnowymiarowym produktem jest jedna z moich ulubionych baz, czyli utrwalająca baza pod cienie Cashmere marki Dax Cosmetics. Cenię ją sobie przede wszystkim za innowacyjne naleśnikowate opakowanie, które w przypadku kosmetyków tego typu sprawdza się nad wyraz dobrze. Poza tym baza świetnie przedłuża trwałość makijażu i nie przesusza delikatnej skóry powiek (zachęcam do zapoznania się z opiniami na KWC - klik).


Kolejnym produktem, który przyszedł do nas w listopadowym Glossyboxie jest rozświetlające serum do twarzy marki Lierac. Dziwię się, że jeszcze nikomu ta marka się nie znudziła, bo możemy ją znaleźć w ponad połowie pudełek Glossybox. Nie zrozumcie mnie źle - bardzo lubię tę markę, ale jeszcze bardziej lubię różnorodność produktów. Serum jeszcze nie testowała, czeka sobie na lepsze dni.


Ostatnim produktem jest 5 ml próbka BB Cream'u marki Happy More Skincare o jakże oryginalnej nazwie Happy More BB. Wszystko byłoby absolutnie super gdyby nie to, że a) nie mam pojęcia co to za marka, b) 30 ml kremu kosztuje ponad 200 zł!, c) krem ma dziwny, dość ciemny kolor. Tak więc jak się domyślacie kremu jeszcze nie testowałam i póki co mnie do niego nie ciągnie. To chyba przez cenę, która na tle Skin79 za 40 zł wypada blado.


Podsumowując pudełko całkiem zacne, bo aż trzy produkty przywołały szeroki uśmiech na mojej twarzy. Pozostałe dwa są mi... obojętne. Zdecydowanie najbardziej cieszę się z bazy pod cienie i kremu pod oczy, czyli z obu pełnowymiarowych produktów. Serum Lierac na pewno kiedyś się przyda, a BB Cream nie wiem jeszcze jak skończy.


Jak się Wam podobało listopadowe pudełko? Zamówiłyście? A może nie i żałujecie?

sobota, 19 stycznia 2013

NAILTEK HYDRATION THERAPY COLOR - LAKIER DO PAZNOKCI W ODCIENIU MOCHA LOCA

Markę NailTek cenię sobie za chyba wszystkim dobrze znane odżywki do paznokci Foundation II. Spisywały się u mnie dobrze przez dość długi okres czasu (ostatnio tylko coś się zepsuło), więc postanowiłam sięgnąć również po lakiery kolorowe tej marki. Pierwszy wybór padł na klasyczny lakier nude o kremowym wykończeniu, który nosi nazwę Mocha Loca. W buteleczce lakier przypomina mi kolorem kawę latte, natomiast na paznokciu prezentuje się już bardziej beżowo.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Nail Tek Hydration Therapy Color to profesjonalnej jakości, szybkoschnące, barwne lakiery do paznokci, które nie wysuszają płytki. Ich nowatorska formuła oparta została o czystą wodę i molekułę wodno-magnetyczną – Pentavitin. Składniki te zapobiegają wysuszaniu paznokci oraz wzmacniają działanie nawilżające odżywek z serii Hydration Therapy.


MOJA OPINIA:
Mimo, że odcień i wykończenie bardzo przypadły mi do gustu, więcej na zakup się nie zdecyduję. Lakier ma gęstą kremową konsystencję, która byłaby do zniesienia gdyby nie fakt, że pędzelek jest bardzo miękki i praktycznie niemożliwym jest pomalowanie równo całej płytki paznokcia. Wiem, że pomyślicie, że prawdopodobnie lakier jest stary, ale zapewniam Was, że z drugim lakierem, który mam w swojej kolekcji sprawa wygląda tak samo.


Oprócz tego lakier jest skandalicznie nietrwały. Już po kilku godzinach od aplikacji ściera się na końcówkach, a po dwóch dniach wygląda jakbym pracowała w polu. Do tego dochodzi jeszcze okropna babcina buteleczka i cena lakieru, która waha się w przedziale 30-50 zł. Za taką cenę oczekuję od lakieru znacznie więcej.

Nie mam pojęcia czy lakier faktycznie wypływa na stan moich paznokci, ponieważ nigdy nie nosiłam go dłużej, niż 1,5 dnia. Choćbym nawet chciała, to się po prostu nie dało.


Podsumowując może i lakier ma śliczny odcień, ładne kremowe wykończenie, ale to zdecydowanie za mało jak na lakier z tej półki cenowej. Jest bardzo nietrwały, ciężki w aplikacji i ma brzydkie opakowanie. Nie polecam, chyba, że ktoś zna magiczne sposoby na przedłużenie trwałości lakierów do paznokci i dorwie go na promocji za 10 zł.

Marka: NailTek
Pełna nazwa: Hydration Therapy Color
Odcień: Mocha Loca
Pojemność: 15 ml
Cena: około 40 zł
Ocena: 2/10

PUDEŁKO GLOSSYBOX - EDYCJA WRZESIEŃ 2012

Czas mija nieubłaganie szybko, ekipa GlossyBox wczoraj dostarczyła już styczniowe pudełka, a ja jeszcze nic nie napisałam o wrześniowym. O tyle dobrze, że przynajmniej mogę Wam szerzej napisać o produktach z boxa wrześniowego, bo większość już przetestowałam, a nawet zużyłam.


Wrześniowe pudełko zostało odebrane raczej pozytywnie, mimo że jest typowo pielęgnacyjne i nie ma w nim nic z kolorówki, co nie każdemu odpowiada. Mnie osobiście bardzo przypadło do gustu, a w jednym produkcie się wręcz zakochałam. Ale o tym za chwileczkę...
W pudełku znalazło się tym razem pięć produktów, z czego dwa produkty są produktami pełnowymiarowymi, a pozostałe trzy to naprawdę sporych rozmiarów miniatury.


Pierwszy produkt to Ekspresowa odżywka utrwalająca kolor Phytobaume Blask marki Phyto o pojemności 50 ml. Pełnowymiarowy produkt zawiera 150 ml kosmetyku i kosztuje około 50 zł.
Odżywkę stosowałam przez około 3 tygodnie i muszę z ręką na sercu powiedzieć, że wpłynęła na połysk moich włosów - koleżanki pytały mnie czego używam do włosów, że tak ładnie błyszczą, a nic innego w pielęgnacji nie zmieniałam. Minus odzywki jest taki, że troszkę obciąża włosy, więc najlepiej stosować ją co drugie mycie.


Drugim produktem jest Balsam do ciała Pink Chiffon marki Bath & Body Works. Jest to pierwszy produkt pełnowymiarowy - balsam można dostać i pojemności 88 ml (18 zł) i 236 ml (30 zł). Niestety zapach ma tak intensywny i słodki, że nie byłam w stanie go przetestować. Miałam do niego kilka podejść i po powąchaniu za każdym razem grzecznie odstawiałam go z powrotem na półkę... Wiem, że balsam ma swoich zagorzałych zwolenników, ale niestety nie jest to produkt dla mnie.


Trzeci produkt to absolutnie i bezsprzecznie hit tego pudełka, czyli Szafirowy peeling przeciwzmarszczkowy Yoskine marki Dax Cosmetics. Miniatura peelingu zawiera aż 40 ml produktu, natomiast pełnowymiarowe opakowanie zawiera go 75 ml i kosztuje około 30 zł. W tym właśnie produkcie się zakochałam i jak tylko skończę to miniaturkę to na pewno kupię pełnowymiarowe opakowanie. Peeling ma rewelacyjne właściwości ścierające, a przy tym przepięknie pachnie. Konsystencja i wielkość drobinek również bardzo mi odpowiadają. Myślę, że ten produkt zasługuje na osobną recenzję.


Czwartym produktem jest Krem do skóry normalnej marki NUXE o pojemności 15 ml (pełnowymiarowy produkt zawiera 50 ml kremu i kosztuje około 100 zł). Miniaturka w sam raz do zabrania ze sobą na wycieczkę lub do torby na siłownie. O kremie nie wypowiem się zbyt rozlegle, ponieważ stosuję do (nadal) sporadycznie. Mogę Wam powiedzieć tyle, że całkiem dobrze nawilża i jak najbardziej nadaje się pod makijaż.


Piąty i ostatni produkt to pełnowymiarowy Balsam do ust marki Figs & Rouge, którą bardzo sobie cenię. Masełka znałam już wcześniej, więc kolejna wersja bardzo mnie ucieszyła. Balsam dobrze nawilża usta, ładnie pachnie i do tego ma fajne metalowe opakowanie w stylu vintage, które zmieści się absolutnie wszędzie. Balsamik ma 8 ml i kosztuje około 20 zł.


Podsumowując box uważam za bardzo udany i ani trochę nie przeszkadza mi w nim brak kolorówki. W zasadzie z wszystkich produktów jestem zadowolona, ale zdecydowanie najbardziej do gustu przypadły mi peeling i balsam do ust. Mam nadzieję, że GlossyBox będzie trzymać taki poziom.


A Wam podobało się wrześniowe pudełko? Który produkt najbardziej Wam spasował?

sobota, 12 stycznia 2013

HAUL Z OSTATNIEGO TYGODNIA

Jako, że mamy sobotę wieczór, najwyższa pora, aby pochwalić się zakupami i paczkami z mijającego tygodnia. W tym miesiącu poczyniłam już całkiem sporo zakupów kosmetycznych, mam więc nadzieję, że jest to już ostatni styczniowy wpis tego typu (zwłaszcza, że żadnej premii w tym miesiącu nie dostałam).


Z co ciekawszych rzeczy udało mi się upolować rozświetlacz z nowej limitki Catrice. Chciałam go kupić już jakiś czas temu, ale nigdzie nie nabiłam się choćby na jeden egzemplarz. A tu wchodzę do drogerii po waciki i bach! jest! No to wzięłam :D
Ciekawym nabytkiem jest też okrągła szczotka do włosów, kupiona w TkMaxx. Cała wykonana jest z drewna i świetnie leży w ręce. Kosztowała mnie 39,99 zł.


Postaram się w ten weekend zamieścić jeszcze notkę wyprzedażową, o której pisałam na FB.

wtorek, 8 stycznia 2013

CO JEST NAJLEPSZE NA KIEPSKI HUMOR? ZAKUPY!

Mój dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem sformułowania "wstałam lewą nogą".  Rano nie miałam się w co ubrać, podczas porannego makijażu kreski eyelinerem mi nie wyszły (tak, mnie też się to zdarza), w pracy robota leciała mi z rąk, a moja przyjaciółka nie miała dla mnie czasu. Więc co mi zostało? Iść na zakupy...


Obrana droga była prosta jak drut - Sephora, Inglot, Tk Maxx. I tym sposobem stałam się dzisiaj posiadaczką kilku nowości, o których zakupie myślałam już od jakiegoś czasu. Wyjątkiem była perfumetka, która wpadła mi do koszyka ze względu na aktualnie panującą promocję.

Przy okazji chciałam Wam pokazać moją aktualną kolekcję cieni Inglot i KOBO. Może nie jest imponująca, ale i tak jestem z niej dumna.


O dziwo nawet w Tk Maxx udało mi się dzisiaj coś znaleźć, bo ostatnio te ichniejsze półki kojarzą się jedynie z PRL-em. Wygrzebałam kuferek w rzucającym się w oczy biskupim kolorze. Bardzo spodobały mi się design, kolor i podszewka w panterkę ;)


Misja zakończona sukcesem - humor poprawiony! A Wy jak sobie radzicie z gorszymi dniami? Podpowiedzcie jakieś sprawdzone sposoby na chandrę...

sobota, 5 stycznia 2013

IMIENINOWY PREZENT


Poli i Aguś - dziękuję kochane :*

czwartek, 3 stycznia 2013

KILKA KOSMETYCZNYCH NABYTKÓW

Dzisiaj nie mam coś weny twórczej (nad tytułem notki myślałam z dobre 5 minut), więc nie będę się silić na recenzję, czy jakiś obszerniejszy post. Będzie prosto, szybko i na temat, czyli co nowego wpadło do mojej kosmetyczki.

Po pierwsze skorzystałam z Sephorowej wyprzedaży i zakupiłam za pomocą Dominiki (jeszcze raz dziękuję :*) zestaw Jimmy Choo EDT za 269 zł 105 zł. Aktualnie w Sephorze można upolować kilka całkiem fajnych rzeczy w bardzo przystępnych cenach, więc polecam Wam zaglądnięcie chociażby w przelocie.


Zgarnęłam dzisiaj również kilka całkiem ciekawych rzeczy - pryzmę Givenchy, kremowy cień Shiseido, paletkę Nouba i kremowy czarny eyeliner Kryolan, który marzył mi się już od jakiegoś czasu. Ale szerzej o tym innym razem.


Dzisiejszym głównym punktem programu są moje nowe perfumy, czyli wspomniany wcześniej Jimmy Choo oraz moje absolutne odkrycie ostatnich dni, czyli Gucci Guilty Intense EDP. Wszystkie stokrotki Marc'a Jacobs'a i kosmici Thierry'ego Mugler'a mogą się przy nich schować. Wreszcie, po kilku latach znalazłam godnego zastępcę Emporio Armani White!


I to by było póki co na tyle. Czy chcecie żebym zrobiła podsumowanie roku 2012 od strony kosmetycznej? Typu odkrycia, czy największe buble jakie wpadły w moje ręce?

wtorek, 1 stycznia 2013

TANGLE TEEZER SALON ELITE VS. TANGLE TEEZER

Dziś mam dla Was recenzję porównawczą dwóch szczotek Tangle Teezer - klasycznej starej wersji i nowszej Salon Elite (ale jak się okazało nie najnowszej, bo kilka dni temu, ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się jeszcze wersja Aqua Splash - kilk). Przy okazji chciałam jeszcze nadmienić, że recenzji winna jest Goldika, która ostatnio mnie o nią przycisnęła tak, że po prostu nie mogłam odmówić ;)


Zanim przejdziemy do właściwej recenzji porównawczej zachęcam Was do zapoznania się z moją recenzją klasycznej szczotki Tangle Teezer - klik. Tyczy się to zwłaszcza osób, które nie wiedzą co to TT lub gdzieś im tam o uszy się obiło, ale nie za dużo o niej czytały.


Według producenta nowa szczotka Salon Elite ma nieco zmieniony kształt oraz nieco większą powierzchnię czeszącą, dzięki czemu jest bardziej ergonomiczna. W tym poście możecie przeczytać o moich pierwszych wrażeniach na temat szczotki, które brzmią "póki co mogę o niej jedynie powiedzieć, że jest nieco bardziej wygięta w łuk i lepiej leży w ręce niż poprzedniczka". Przyznam Wam, że w ciągu czterech miesięcy testów moje zdanie o niej diametralnie się zmieniło...


Salon Elite już na pierwszy rzut oka wygląda inaczej - wykonana jest z dwóch różnych kawałków plastiku, o zupełnie innym wykończeniu niż poprzedniczka. Jest także bardziej zaokrąglona, co przekłada się na to, że inaczej leży w ręce. Moje dłonie do małych nie należą, a mimo to Salon Elite znacznie trudniej jest mi chwycić i zdarza jej się po prostu wypaść mi z dłoni. Klasyczna wersja TT leżała mi w ręce idealnie...
Wyprofilowanie szczotki również pozostawia wiele do życzenia - łuk jest zbyt ostry i przy odpowiednim nacisku na środku zewnętrzne ząbki szczotki zbyt mocno suną po skórze głowy.


Kolejną kwestią jest plastik, z którego szczotki są wykonane. W klasycznej szczotce TT plastik był miękki i podatny na nacisk. W SE plastik jest znacznie twardszy, co przekłada się na wrażenie, że ząbki szczotki są ostrzejsze, a czesanie bardziej przypomina używanie szczotki drucianej niż masaż. Oczywiście szczotka nie rani skóry głowy, bo na to jest zbyt miękka, ale używanie jej nie jest już tak przyjemne jak to było w przypadku poprzedniej wersji.


Pozostałe właściwości takie jak higieniczność szczotki, delikatność przy rozplątywaniu włosów, czy możliwość aplikacji kosmetyków za jej pomocą pozostają bez zmian. Szczotka Salon Elite jest świetnym produktem, zdecydowanie wartym wydania tych 50 zł, jednak osobiście wolę wersję klasyczną. Wiem, że klasyczna wersja szczotki powoli jest wycofywana z rynku, więc jeśli planujecie zakup radzę się sprężyć, ponieważ wkrótce zniknie ze sklepowych półek.


W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że wszystkie powyższe kwestie są jedynie moimi subiektywnymi odczuciami i Wasze wrażenia mogą być zgoła odmienne. Absolutnie nikomu nie odradzam zakupu, jedynie pokazuję kluczowe dla mnie różnice pomiędzy obiema wersjami szczotek. 
Na dwóch ostatnich zdjęciach chciałam pokazać jak różnie obie szczotki leżą w dłoni - tak z ciekawości przyglądnijcie się układowi ścięgień.


Podsumowując znacznie bardziej polubiłam się z poprzednią wersją szczotki, ale nie mogę powiedzieć, żeby nowa była zła. Myślę, że w sporej części jest to kwestia po prostu naszej anatomii. Nie mniej jednak w dalszym ciągu szczerze polecam szczotki Tangle Teezer.

P.S. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze przetestować dla Was wersję Aqua Splash ;)