Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ULUBIEŃCY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ULUBIEŃCY. Pokaż wszystkie posty
Ulubieńcy kosmetyczni - czerwiec 2019

15.7.19

Ulubieńcy kosmetyczni - czerwiec 2019

    Lato już w czerwcu zawitało do nas w pełni, wprawiając mnie osobiście w bardzo wakacyjny nastrój. Co prawda na prawdziwy urlop muszę jeszcze poczekać, ale póki co słońca wcale nie brakuje. W związku z tym w zestawieniu niewiele u mnie kosmetyków kolorowych (pff bo kto by się w takie upały malował), za to więcej fajnej pielęgnacji.


1. Xen-Tan, Dark Lotion, Samoopalacz do ciała

Co roku szarpałam się z myślami pomiędzy chodzeniem do solarium, a kupowaniem kosmetyków samoopalających. Z jednej strony solarium jest po prostu niezdrowe i niebezpieczne, a z drugiej strony większość kosmetyków samoopalających albo smuży albo zostawia brzydki odcień pomarańczki na ciele. Problem rozwiązał mi się sam odkąd odkryłam samoopalacz Xen-Tan, który w połączeniu z dobrą rękawicą daje efekt apetycznie wyglądającej skóry muśniętej słońcem. Póki co u mnie najlepszy produkt w kategorii.

2. Garnier, Fructis, Banana Hair Food, Odżywcza maska do włosów bardzo suchych

W internecie można znaleźć całe mnóstwo peanów i pieśni pochwalnych tej maski do włosów. Nie będę się więc nadaremnie rozpisywać, napiszę tylko, że to wszystko co przeczytacie to sama prawda. Ja sama zużyłam już chyba z cztery, czy pięć opakowań i ani widzi mi się znudzić. Polecam, szczególnie latem, kiedy włosy najbardziej narażone są na działanie słońca, morskiej wody, czy chloru w basenach.

3. Miya Cosmetics, myWONDERBALM, I’m Coco Nuts, Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

Jeśli ktoś z Was jakimś cudem przeoczył poprzednią notkę o tym kremie, to koniecznie teraz leci i nadrabia (klik). Co tu dużo mówić - świetny krem, o bardzo dobrym składzie, w fajnym opakowaniu i w dodatku za niewielkie pieniądze. Polecam polować na promki w Hebe, czy Rossmannie.

4. Urban Decay, Płynny Cień Do Powiek Moondust, Zap

Cień kupiłam na promocji przy okazji większych zakupów w Sephora, bo zachciało mi się czegoś w kremie, co sprawdziłoby się podczas upałów. I to był strzał w dziesiątkę. Odcień Zap to przepięknie mieniące się stare złoto. Dzięki aplikatorowi możemy go używać na całą powiekę lub jako eyeliner. Nie do zdarcia, nawet w 36° upale.

5. Obag Ochic Phard

Jedyny niekosmetyczny ulubieniec w tym zestawieniu, ale musiałam o nim wspomnieć. Torebki Obag wracają u mnie do łask, głównie za sprawą dołączenia do fejsbookowych grup, gdzie przepadłam. Obag są nie do zdarcia, moja najstarsza ma 8 lat i dalej wygląda naprawdę dobrze. Mnóstwo fasonów do wyboru, jeszcze więcej kolorów. Szczególnie dla fanek Melissek, Crocksów i Hunterów.

6. Clarins, Instant Light Lip Comfort Oil, Olejek do ust, 01 Honey

Kolejna pozycja, do której wróciłam po pewnym czasie i przeżywa u mnie swój renesans. Olejku używałam w okresie zimowym jakieś 2 lata temu i bardzo go polubiłam. Później zapanował szał na matowe usta i tym samym olejek jakoś poszedł w odstawkę. Ostatnio przy okazji fajnej promocji w perfumerii Douglas przypomniałam sobie o nim i... dalej jest super. Dobrze nawilża usta, pozostawiony na noc grubą warstwą jest świetną kuracją regenerującą. Bardzo lubię.

7. Dove, Exfoliating Body Polish, Krem - peeling pod prysznic, Granat i masło shea

Moim zdaniem najlepszy drogeryjny peeling do ciała. Bardzo kremowa konsystencja, fajnie zmielone drobinki, piękny zapach. Póki co próbowałam tylko wersji Granat i masło shea, ale na pewno skuszę się też na inne warianty zapachowe. 

8. L'Oreal Paris, True Match, Podkład do twarzy, 2.N Vanilla

Początkowo podchodziłam do tego podkładu z nutą sceptycyzmu, ponieważ stara wersja True Match jakoś do mnie nie przemawiała. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że ta nowa nijak nie przypomina starszej wersji. Podkład idealnie stapia się ze skórą, nie tworzy maski, tylko wygląda jak druga skóra. Kolorystyka również na plus - moim zdaniem idealna dla Słowianek. Podkładem zastyga, ale jest czas, żeby zbudować krycie do naprawdę przyzwoitego. Wytrzymuje u mnie cały dzień, pod koniec delikatnie ściera się tylko w okolicach ust i nosa. Ostatnio mój ulubiony podkład.

9. Sephora, Pędzel do podkładu, 10

Dorwałam ten pędzel na wyprzedaży za niecałe 20 zł i używam do nakładania masek. Do podkładów pędzle typu język sprawdzają się jedynie do nałożenia ze słoiczka na twarz. Absolutnie nie polecam takiego pędzla używać do aplikacji, ponieważ jedyne czego się nabawimy to frustracji i smug na twarzy. Za to do maseczek sprawdza się idealnie.

- - - - - - - - - - - - - - - - - 

Macie jakiś ulubieńców miesiąca czerwiec? Co sprawdza się u Was ostatnio? Koniecznie się pochwalcie!
myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

13.7.19

myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

    Wspominałam Wam ostatnio na moim Insta (klik), że poczyniłam (nie)małe zakupy kosmetyków brandu, którego od pewnego czasu byłam bardzo ciekawa, czyli naszej rodzimej marki Miya. Jako, że szybko poczułam lekki niedosyt, to skusiłam się ostatnio jeszcze na promocję -40%,i tym samym mam do przetestowania praktycznie cały ich asortyment. Ostatni miesiąc prężnie testowałam kilka kosmetyków, m. in. jeden z ich flagowych produktów, tj. intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym, o jakże wdzięcznej nazwie I’m Coco Nuts.


myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

Intensywnie nawilża. Regeneruje i koi. Poprawia elastyczność.
Olejek kokosowy nawilża, regeneruje i koi skórę, odbudowując jej płaszcz hydrolipidowy. Olejek sezamowy, witamina E i prowitamina B5 odżywiają skórę, nadając jej elastyczność i miękkość oraz regulują jej nawilżenie. Dzięki lekkiej, kremowej formule QuickAbsorb szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż.
97% składników pochodzenia naturalnego. 0% zbędnych dodatków. Bez silikonów, parafiny, PEG-ów, olejów mineralnych, parabenów.


    Jeszcze słowem wstępu napiszę, że marka Miya została, wcale nie tak dawno temu, stworzona przez dwie bardzo uzdolnione dziewczyny, które chciały stworzyć pielęgnację, dzięki której nasza skóra i przede wszystkim my będziemy wyglądać i czuć się pięknie. No cóż, udało im się to pierwszorzędnie. Aktualne to już nie jest startup, czy niewielka firma, tylko mocna marka, którą bardzo entuzjastycznie promują nie tylko blogerki urodowe, ale również i polskie celebrytki. Trzymam mocno kciuki za dziewczyny, bo w końcu GIRL POWER ♥♥♥!!!


    Przechodząc już do recenzji kremu I’m Coco Nuts nie mogę na początek nie wspomnieć o uroczych opakowaniach. No sami powiedzcie, czy ta kolorystyka i ten minimalizm nie chwytają Was za serce? Ja jestem kupiona. Uważam, że na drogeryjnych półkach (np. Hebe) te produkty naprawdę wybijają się na tle konkurencji.


    Wspomniany krem przeznaczony jest do każdego typu skóry, także wrażliwej, natomiast producent na stronie sugeruje przeznaczenie szczególnie do skóry normalnej, mieszanej, ze skłonnością do tłustej lub tłustej. I to by się zgadzało, ponieważ na mojej suchej skórze w okresie zimowym zdecydowanie lepiej sprawdzała się różana wersja. W lecie za to, wersja kokosowa w pełni zaspokaja moje potrzeby.


    Krem można stosować jako krem do twarzy, ale również jako krem do rąk, czy nawet balsam do ciała, co sprawia że jest to kosmetyk tak uniwersalny, że można nosić go cały czas przy sobie w torebce. Każda z czterech wersji kremu zawiera 75 ml kosmetyku, czyli tyle ile przeciętnie ma krem do rąk. Równocześnie myWONDERBALM kosztuje zaledwie 29,99 zł za tubkę, w czym znów przewyższa konkurencję.


    No to na koniec pozostaje tylko pytanie czy właściwości kremu są tak dobre, jak te wszystkie wcześniej wymienione plusy? Otóż dla mnie absolutnie tak. Stosuję go rano i wieczorem i muszę przyznać, że I’m Coco Nuts nawilża moją skórę tak dobrze, że rano nie budzę się z uczuciem ściagnięcia na buzi. Idealnie sprawdza się także pod makijaż, nie roluje się i w żaden sposób nie gryzie się z moimi ulubionymi podkładami. Ogromnym plusem jest to, że przy ciągłym używaniu nie zapycha! Jednakże podkreślę raz jeszcze, że krem u mnie sprawdza się w lecie, natomiast w okresie zimowym dla mojej suchej skóry jest za lekki.


    Jak łatwo się domyślić, skoro sprawdza się na skórze twarzy, to także sprawdza się super jako krem do rąk oraz balsam do ciało. Dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu na skórze. jedyne do czego mogłabym się przyczepić to fakt, że nie posiada żadnego filtra do twarzy i w lecie trzeba dodatkowo się czymś dosmarować. Oprócz tego, nie mam mu zupełnie nic do zarzucenia. Zdecydowanie mogę mu przyznać miano jednego z moich ulubieńców. Vexgirl approved!
Lalique - Perles de Lalique EDP

3.7.19

Lalique - Perles de Lalique EDP

    Na przestrzeni minionych 3 lat, bo tyle w zasadzie minęło od opublikowania na blogu ostatniej notki o perfumach (Azzedine Alaïa Paris EDP), moje podejście do zapachów zmieniło się diametralnie, z ilościowego na jakościowe. W mojej kosmetyczce zagościły zapachy sprawdzone, pasujące do mojej osobowości i harmonizujące się z moim stylem. Porzuciłam w kąt wszystkie Avony, Yves Rochery i inne bezbarwne dla mnie zapachy. Ograniczyłam się praktycznie do czterech naprawdę sprawdzonych ulubieńców. Dzisiejszy wpis jest o jednym z nich, czyli o perfumach Perles de Lalique.


Lalique Perles de Lalique to elegancki, charakterystyczny zapach, obok którego trudno przejść obojętnie. Perfumy Lalique podkreślają elegancję i wyrafinowanie. Podobnie jak perły, które były ich inspiracją, perfumy Perles de Lalique są wyjątkowe i przyciągają uwagę. Ich słodkawo-korzenny charakter dodaje im zmysłowości i temperamentu. 
Nuty zapachowe:
Nuta głowy: róża
Nuta serca: irys, pieprz
Nuta bazy: kaszmir, paczuli


    Co ciekawe zapach kupiłam zupełnie w ciemno, gdyż wpadła mi w oko prosta, eteryczna wręcz buteleczka, a opis perfum zaintrygował. Spodziewałam się co prawda analogicznej dla mnie prostoty w zapachu, ale nic bardziej mylnego. Nie przesadzę pisząc, że przy pierwszym zetknięciu, zapach mną wstrząsnął i przeniknął mnie a wskroś. Podobno efekt ten zawdzięczamy czemuś co zwie się Iso E Super. Jest to aromamolekuł, którego aromat określić można jako kadzidlano-drzewny (więcej o Iso E Super możecie przeczytać tutaj). Nie sposób koło zapachu przejść obojętnie, i to nie tylko moje zdanie, ale przede wszystkim mojego otoczenia.


    Nigdy wcześniej nie słyszałam tak wielu komplementów i zapytań czym pachnę, jak podczas noszenia Perles de Lalique. Z jednej strony perfumy są świeże, czyste i wyniosłe, a z drugiej strony mają w sobie coś przytłaczającego, zimnego i cmentarnego wręcz. Pachną dla mnie gotyckim kościołem, wykończonym drewnem i przyozdobionym różami. To wszystko razem sprawia, że zapach stapia się ze mną, przenika przeze mnie i jest mną.


    Powiedzieć, że perfumy Perles de Lalique są oryginalne to zwykły truizm. To zapach bezkonkurencyjny, niepowtarzalny i wysublimowany do granic nieprzyzwoitości. Zapach wpisuje się w nisze perfumeryjne, na próżno szukać go na drogeryjnych półkach. Przy tym jest szalenie trwały. Gorąco polecam sprawdzenie zapachu, chociaż po to, żeby doznać czym jest molekuła Iso E Super.

Perles de Lalique występuje w pojemnościach 50 ml/100 ml. Ceny za 100 ml wahają się między 130 zł (Notino), a 550 zł (Douglas).
FOREO LUNA MINI - SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA TWARZY

7.3.17

FOREO LUNA MINI - SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA TWARZY

Soniczne szczoteczki do oczyszczania twarzy bez wątpienia zrewolucjonizowały rynek kosmetyczny. Wszędzie wokół mówi się o tym, że oczyszczanie to już nie tylko demakijaż i ewentualnie peeling raz w tygodniu, ale przede wszystkim dobrze dobrana, codzienna pielęgnacja skóry. I tak z popularnego kiedyś manualnego oczyszczania, przerzuciliśmy się na zabiegi mikrodermabrazji, żeby w końcu sięgnąć po specjalistyczne urządzenia przeznaczone właśnie do oczyszczania. Te najbardziej popularne, to urządzenia marek Clarisonic, Foreo oraz Philips.

Okazało się, że zgodnie z obietnicami producentów, faktycznie zapewniają efekt oczyszczonej, wygładzonej i rozjaśnionej skóry już praktycznie po pierwszym użyciu i tym samym stały się hitem sfery beauty. Nie bez powodu więc szczoteczka Clarisonic Mia 2 otrzymała nagrodę Beauty Awards Shape 2012, natomiast Foreo Luna mini nagrodę ELLE Beauty Award 2014. Clarisonic Mia 2 recenzowałam na blogu już jakiś czas temu (klik), zatem dzisiaj przyszła pora na recenzję urządzenia marki Foreo.



LUNA™ mini STYLOWE & KOMPAKTOWE OCZYSZCZANIE TWARZY
LUNA™ mini to barwne urządzenie do pielęgnacji twarzy o wielkości dłoni, które delikatnie oczyszcza twarz za pomocą innowacyjnej technologii T-Sonic™. Ta ergonomiczna szczoteczka do twarzy z 3-strefową powierzchnią jest odpowiednia dla każdego rodzaju skóry.
LUNA™ mini jest objęta 2-letnią ograniczoną gwarancją oraz 10-letnią gwarancją jakości.
Wystarczy tylko 1 minuta zastosowania dwa razy dziennie dla poprawy kolorytu skóry w zaledwie 3 dni. Niedoskonałości wywołane zanieczyszczeniami są delikatnie oczyszczone, po czym skóra lepiej wchłania składniki odżywcze kosmetyków, wyglądając zdrowo i promiennie.

Zacznę od tego, że szczoteczka którą widzicie na zdjęciach ma ponad 2 lata. Używam jej codziennie od września 2014 roku i najdłuższa rozłąka jaka nam się do tej pory przydarzyła to moje 3-tygodniowe wakacje w Azji - nie celowo, po prostu zapomniałam ją spakować do walizki. Oprócz tego incydentu, z moją Foreo Luna mini praktycznie się nie rozstaję. Myślę, że jest to wystarczający dowód na to, że przestrzegając kilku prostych zasad, możemy cieszyć się szczoteczką długie lata, a 10-letnia gwarancja jakości producenta nie jest marketingowym bullshitem.

Pamiętaj!
Nie wyklucza się użytku żadnego płynu do mycia twarzy wraz ze szczoteczką LUNA™ mini, lecz w celu zachowania optymalnego stanu urządzenia, nie zaleca się korzystania z kosmetyków zawierających krzem, silikon lub granulki peelingowe, ponieważ mogą spowodować uszkodzenie silikonowych wypustek.
Nigdy nie czyść urządzenia substancjami zawierającymi: alkohol, benzynę lub aceton.


Na czym polega fenomen Foreo Luna?



Przede wszystkim szczoteczka po prostu świetnie oczyszcza skórę, i to w widoczny dla gołego oka sposób. Podobno zawdzięczamy to technologii sonicznej T-Sonic™ (8000 pulsacji na minutę), która zapewnia delikatne złuszczanie martwego naskórka, usunięcie pozostałości makijażu oraz dogłębne oczyszczenie porów z brudu i sebum. W praktyce szczoteczka zwyczajnie nam w ręce wibruje, a reszta dzieje się sama - skóra jest odczuwalnie gładsza, oczyszczona, a zastosowane później kosmetyki pielęgnacyjne bardzo dobrze się wchłaniają.

Kolejnymi zaletami Luny są jej bezprzewodowość i całkowita wodoodporność, co oznacza że urządzenie mogę używać zarówno pod prysznicem, jak i w wannie. Podobnie zresztą było w przypadku Clarisonic Mia 2, więc nie wyobrażam sobie zrezygnowania z takiej wygody. W zestawie otrzymujemy oczywiście kabelek zasilający USB, który po podłączeniu do komputera w godzinę naładuje nam urządzenie. Co ciekawe odkąd używam szczoteczki ładowałam ją łącznie 5 razy. Zgodnie z tym co obiecuje nam producent, pełne naładowanie wystarcza nam do 300 zastosowań, co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto, tak jak ja, sporo podróżuje.


Dlaczego Foreo Luna mini jest lepsza od innych szczoteczek tego typu?

Wspominałam wyżej, że szczoteczki używam od września 2014 roku, czyli dokładnie od momentu napisania recenzji Clarisonic Mia 2. Dlaczego tak się stało? Ponieważ Foreo Luna mini całkowicie zastąpiła Clarisonic, którą po kilku dniach zdecydowałam się puścić dalej w świat. Luna wygrała dwoma czynnikami - tym, że jest dużo bardziej kompaktowa oraz tym, że poprzez swoją higieniczność jest dużo bardziej ekonomiczna. Silikonowe wypustki wystarczy regularnie czyścić, a nie wymieniać całą końcówkę szczoteczki tak, jak w przypadku rozwiązania stosowanego w Clarisonic, czy Philips (dodatkowy koszt około 100 zł co 3 miesiące).

Szczoteczka, którą dzisiaj recenzuję to, jak już wspomniałam, Foreo Luna mini, czyli urządzenie pierwszej generacji. Posiada jedynie 2-stopniową regulację intensywności pulsacji oraz wykonana jest z nieco twardszego silikonu, niż jej nowsza siostra. Pomimo, że została zastąpiona, to w dalszym ciągu można kupić na stronie producenta za 399 zł (klik).

Jakiś czas temu marka Foreo wypuściła ulepszoną wersję Foreo Luna mini 2, która jest o około 50% większa od mojej szczoteczki, posiada udoskonaloną technologię T-Sonic oraz aż 8 regulowanych intensywności dla maksymalnego komfortu oczyszczania dopasowanego do osobistych preferencji. Nowa wersja dostępna jest w 5 wersjach kolorystycznych i kosztuje 599 zł (klik).

Szczoteczka Foreo Luna mini to najlepsze urządzenie do oczyszczania twarzy jakie miałam okazję używać. Uważam, że naprawdę warto w nią zainwestować, zwłaszcza, że w tym przypadku wydatek jest jednorazowy. Wasza skóra na pewno to doceni i odwdzięczy się pięknym wyglądem.
ULUBIONE KOSMETYKI I PĘDZLE DO BRWI ORAZ PODPOWIEDŹ GDZIE ZROBIĆ BRWI W KRAKOWIE

1.3.17

ULUBIONE KOSMETYKI I PĘDZLE DO BRWI ORAZ PODPOWIEDŹ GDZIE ZROBIĆ BRWI W KRAKOWIE

Fokus na brwi trwa w najlepsze już od kilku dobrych sezonów i wszystko wskazuje na to, że do końca 2017 roku będzie jeszcze mocniej, jeszcze gęściej i jeszcze bardziej... naturalnie. Jeśli lubicie być na bieżąco z aktualnymi trendami polecam zerknąć na trwające obecnie New York Fashion Weeks (fashionweekonline.com), zwłaszcza pod kątem makijaży, w których króluje właśnie naturalność.

Mając na uwadze powyższe, oraz to że mój post o brwiach sprzed ponad 2 lat do dzisiaj cieszy się ogromnym zainteresowaniem (Brow Bar Benefit w Sephora), stwierdziłam że najwyższa pora na aktualizację oraz dodanie kilku słów o tym jakich produktów do brwi używam i gdzie najlepiej w Krakowie się udać, żeby wyjść z brwiami idealnymi, zgodnymi z najnowszymi trendami.


AZZEDINE - ALAÏA PARIS EDP

20.2.17

AZZEDINE - ALAÏA PARIS EDP

Perfumy to nieodłączny element mojego porannego rytuału - wprost nie wyobrażam sobie wyjść rano z domu nie spryskawszy się wcześniej jednym z moich zapachów. Czułabym się nieswojo, podobnie, jak wtedy gdy w pośpiechu wybiegnę, zapominając założyć zegarek. Ten odczuwalny brak czegoś drażni mnie przez cały dzień - zapewne większość z was wie o czym mówię. Mimo to, na blogu o perfumach piszę naprawdę bardzo rzadko (klik, klik i klik). Dlaczego? Ponieważ wychodzę z założenia, że tematyka perfum jest bardzo specyficzna i do opowiadania o nich trzeba mieć szczególny talent, którego ja po prostu nie posiadam. Wolę więc nie wychylać się za bardzo przed szereg i w tematach perfumiarskich zazwyczaj siedzę cicho.

Dlaczego więc postanowiłam się przełamać i napisać o zapachu Alaïa? Ano dlatego, że jest to zapach dla mnie szczególny i z zamiarem napisania o nim nosiłam się już od miesięcy...


GARNIER FRUCTIS - GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE - SZAMPON WZMACNIAJĄCY

31.1.15

GARNIER FRUCTIS - GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE - SZAMPON WZMACNIAJĄCY

Co prawda szampon wzmacniający do włosów bardzo zniszczonych Garnier Fructis, o którym pisałam dwa tygodnie temu kompletnie się u mnie nie sprawdził (klik), ale postanowiłam dać marce jeszcze jedną szansę i sięgnęłam po kolejną pozycję, czyli szampon wzmacniający Garnier Fructis GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE. Nie dość, że znów według obietnic producenta jest to produkt dla mnie idealny, to jeszcze ma opakowanie w przepięknym malinowym kolorze. I to właśnie chyba wyłącznie przez ten rzucający się w oczy kolor, Garnier ponownie zagościł na mojej łazienkowej półce. Czy słusznie? Przeczytajcie sami.


MOJA JESIENNA PIELĘGNACJA UST

2.10.14

MOJA JESIENNA PIELĘGNACJA UST

Uwaga, uwaga! Dzisiaj po raz pierwszy wychodząc z domu założyłam ciepły komin. Pomyślicie sobie "wow, no i...?". Zmarzluchem nie jestem, więc najprościej rzecz ujmując oznacza to, że powoli robi się chłodno. Wkrótce trzeba będzie wyciągnąć szaliki, rękawiczki i... zacząć dbać o narażoną na chłód skórę. 

W tej notce chciałabym poopowiadać troszkę o pielęgnacji ust, ponieważ to właśnie po nich w pierwszej kolejności widać, że skóra potrzebuje zmian w pielęgnacji. Latem wystarczy nam błyszczyk w ciągu dnia i lekki balsam na noc. Jesienią za to musimy już postawić na nieco treściwsze produkty.


IS CLINICAL - CLEANSING COMPLEX - LEKKI ŻEL SILNIE OCZYSZCZAJĄCY

30.9.14

IS CLINICAL - CLEANSING COMPLEX - LEKKI ŻEL SILNIE OCZYSZCZAJĄCY

Miała być recenzja maski do włosów, ale pisało mi się ją jak krew z nosa, toteż porzuciłam ten głupi koncept i postanowiłam poopowiadać Wam o moim najulubieńszym żelu do mycia twarzy jaki kiedykolwiek było mi dane używać, tj. Cleansing Complex marki iS Clinical. Pierwszy raz zetknęłam się z tym produktem (oraz w ogóle z marką) jeszcze w 2011 roku, kiedy to otrzymałam od nich testową paczuchę (klik). W żelu byłam/jestem zakochana do tego stopnia, że po drodze kupiłam jeszcze kolejne dwa opakowania (na szczęście marka dostępna jest na co-sezonowych targach LNE & spa w Krakowie).


L`OCCITANE - KREM DO RĄK 20% SHEA BUTTER

8.1.14

L`OCCITANE - KREM DO RĄK 20% SHEA BUTTER

Jak wiadomo krem do rąk 20% Shea Butter to flagowy produkt marki L'Occitane. Co prawda marka nie jest w Polsce jeszcze tak popularna jak za granicą, ale praktycznie każdy kto się z nią zetknął kojarzy charakterystyczną metaliczną tubkę kremu i zazwyczaj ma jakieś wyrobione na jego temat zdanie.

Osobiście słyszałam o nim bardzo dużo dobrego, ale jako że ze mnie krakus-centuś i każdy taki zakup muszę przemyśleć milion razy (oczywiście co innego nowa torebka!), tak za każdym razem żal mi było wydać tych 30 zł i w rezultacie nigdy się na niego nie skusiłam. Jednak z pomocą przyszło mi niezastąpione Glossybox i w jednym z pudełek znalazłam 10 ml miniaturę kremu do rąk (pojemność wręcz idealna do mojej wszystkozawierającej torebki).


OBIETNICE PRODUCENTA:
Silnie wygładzająca - bestsellerowa - kombinacja Masła Shea (20%) oraz wyciągów z miodu i słodkiego migdała, zmieszanych z lekkimi i wabiącymi aromatami jaśminu. Ten balsam o przyjemnej konsystencji łatwo rozchodzi się po skórze, pomagając w gojeniu i ochronie suchej oraz przesuszonej skóry. Obecność anty-oksydacyjnej witaminy E zapewnia odżywienie.
Sugerowana cena: 29,90 zł / 30 ml lub 90,00 zł / 150 ml.


MOJA OPINIA:
Po kremy do rąk sięgam przede wszystkim w okresie zimowym, gdy problem przesuszonej skóry moich dłoni daje mi ostro się we znaki. Do tego wiecznie włączona klimatyzacja w pracy i fobia czystych dłoni tylko to komplikują. Silnie nawilżający krem do rąk jest więc podstawowym kosmetykiem jaki w zimie muszę przy sobie mieć. Do tej pory wypróbowałam naprawdę dużo kosmetyków tego typu i ideału nadal nie znalazłam. Bardzo polubiłam się z silnie skoncentrowanym kremem Neutrogera oraz z Hemp Hand Protector marki The Body Shop, ale w dalszym ciągu to nie to. Z radością więc podeszłam do pomysłu przetestowania kremu L'Occitane.


Tubeczka, którą otrzymałam zawiera 10 ml kremu, co moim zdaniem jest pojemnością idealną do torebki, zwłaszcza jeśli kursujemy pomiędzy domem, a pracą i kremu potrzebujemy sporadycznie. O samym opakowaniu nic pisać nie będę, ponieważ jak wspomniałam wcześniej testuję jedynie miniaturkę, a standardowa pojemność prezentuje się nieco inaczej.

Dwie rzeczy absolutnie urzekły mnie z tym kremiku, mianowicie wchłanialność i zapach. Ta pierwsza jest o tyle ciekawa, że krem ma dość treściwą gęstą konsystencję i wydawało mi się, że raczej dobrze się wchłaniać nie będzie. Sporo kremów do rąk pomimo świetnych właściwości odżywczych zdyskwalifikowałam właśnie przez to, że zostawiały nieprzyjemny tłusty film na dłoniach. L'Occitane tutaj miażdży system, ponieważ do kompa możemy zasiąść od razu po wsmarowaniu kremu.

Zapach kremu jest oryginalny, nigdy wcześniej się z takim nie spotkałam. Wiem, że niektórym może przeszkadzać, szczególnie że jest długo wyczuwalny, ale mnie bardzo przypadł do gustu, więc stosowanie go jest czystą przyjemnością.


Do mniej przyjemnych rzeczy zdecydowanie możemy zaliczyć cenę kosmetyku, ponieważ za tubę 150 ml musimy zapłacić aż 90 zł. Wiem, że dla niektórych jest to cena nie do przeskoczenia za krem do rąk, zwłaszcza, że dla porównania Neutrogena kosztuje około 15 zł za 75 ml, a Isana z mocznikiem około 6 zł za 100 ml.

Oprócz ceny nie doszukałam się żadnych innych minusów. Krem świetnie nawilża nawet mocno przesuszoną skórę, wystarczy kilka aplikacji, żeby przywrócić sensowny poziom nawilżenia dłoni i zniwelować popękaną skórę. Do tego jest bardzo wydajny, wystarczy naprawdę niewielka jego ilość. Wisienką na torcie jest to, że efekt nawilżenia utrzymuje się bardzo długo, czuć go nawet po umyciu rąk.


PODSUMOWANIE:
No co tu dużo mówić - krem jest cholernie dobry i cholernie drogi. Jeśli nie żal Wam kasy na taki kosmetyk, śmiało mogę go polecić. Jeśli natomiast tak jak ja skąpicie na krem do rąk, nic innego jak pozostaje Wam szukać dalej.

Marka: L'Occitane
Pełna nazwa: Hand Cream 20% Shea Butter
Przeznaczenie: skóra sucha
Pojemność: 30 ml / 150 ml
Cena: 29,90 zł / 90,00 zł
Ocena: 8/10

Skład: Aqua/Water, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Dimethicone, Cetearyl Alcohol, Propylene Glycol, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Polyacrylamide, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Extract, Mel/Honey Extract, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Brassica Campestris (Rapeseed Sterols, C13-14 Isoparaffin, Ceteareth-33, Alcohol Denat., Althea Officinalis Root Extract, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Fruit Extract, Laureth-7, Cananga Odorata Flower Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Jasminum Officinale (Jasmine) Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Glycine Soja (Soybean) Oil, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Chlorphensin, Methylparaben.
MAX FACTOR - TUSZ WILD MEGA VOLUME

24.8.13

MAX FACTOR - TUSZ WILD MEGA VOLUME

Te z was, które czytają mnie regularnie na pewno wiedzą, że tuszem, który zawsze można znaleźć w mojej kosmetyczce jest Max Factor 2000 calorie. Mimo, że zdarzają mi się małe skoki w bok, zawsze pokornie do niego wracam. Kiedy więc nadarzyła mi się okazja wypróbowania najnowszego dziecka tejże marki, zgodziłam się bez wahania. Mowa bowiem o tuszu Wild Mega Volume, który na Polski rynek kosmetyczny wszedł z ogromnym bumem. Charakteryzuje go przede wszystkim rzucające się w oczy limonkowe opakowanie oraz niebanalna szczoteczka.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Wznieś się na wyżyny i zbuduj niesamowitą objętość dzięki nowej maskarze Max Factor - została specjalnie stworzona do tego by przenieść twoje rzęsy na następny poziom. Ta innowacyjna maskara natychmiast przyciemnia i podkreśla wygląd każdej rzęsy dzięki nieustraszonej szczoteczce Amplifier. Formuła zawiera miękkie włókna, które idealnie przywierają do szczoteczki w kształcie klepsydry. W jej zwężeniu krótkie włókna zbierają większą ilość maskary i sprawiają, że produkt idealnie rozprowadza się u podstawy rzęs dając bazę do budowania większej objętości. Okrągła główka szczoteczki z dłuższymi włoskami pozwala wydłużyć rzęsy i idealnie wyciągnąć ku górze ich końcówki. Wynik to 3 razy więcej objętości i wyrazisty look, zarówno w dzień jak i w nocy.


MOJA OPINIA:
Design opakowania zdecydowanie odbiega od serwowanych nam do tej pory poważnych czerni i granatów, jakże kojarzonych z marką Max Factor. Cieszy za to oko jaskrawymi radosnymi barwami, pasującymi bardziej dla nastolatek i młodych kobiet, a nie dorosłych bizneswoman. Czyżby marka chciała poszerzyć grupę odbiorców? Osobiście do mnie opakowanie średnio przemawia, zdecydowanie wolę opakowanie tuszu Masterpiece Max, ale jedno jest pewne - nie przejdziemy koło niego obojętnie.

Szczoteczka prezentuje się dość oryginalnie, troszkę przypomina mi Givenchy Noir Couture, ale to raczej luźne skojarzenie, bowiem w praktyce nie mają ze sobą za wiele wspólnego. Z początku, kiedy kosmetyk jest świeży szczoteczka może nabierać trochę za dużo tuszu, jednak już po około dwóch tygodniach wszystko się normuje, a my nie musimy się już obawiać posklejania rzęs. Oprócz tego nie mam tej szczocie nic więcej do zarzucenia, przeciwnie, sprawdza się pod każdym kątem. Po pierwsze bardzo łatwo się nią operuje, nie ma problemu z dotarciem do nawet najmniejszych rzęs. Po drugie trzymając tusz pionowo z łatwością możemy pomalować dolne rzęsy. Po trzecie wystarczy już jedno pociągnięcie, żeby pokryć wszystkie rzęsy.


Wild Mega Volume wytrzymuje na rzęsach cały dzień, nie osypuje się, nie tworzy efektu pandzich oczu, nawet podczas całodziennego maratonu przed komputerem. A jak wiecie dla mnie to bardzo ważny czynnik. Nadaje się też na upały kiedy to cały nasz makijaż chce spłynąć nam z twarzy. Sprawdził się u mnie nawet przy tegorocznym 36-stopniowym upale.

No i teraz kilka słów o tym co interesuje nas najbardziej, czyli o efekcie. Moim zdaniem Wild Mega Volume bardzo przypomina pod tym względem 2000 calorie, czyli jedno pociągnięcie daje efekt dość naturalny, natomiast kolejnymi warstwami możemy zbudować nawet teatralny look. Na powyższym zdjęciu położone są dwie cienkie warstwy tuszu.

PODSUMOWANIE:
Wild Mega Volume podbił moje serducho, podobnie jak kiedyś mój ulubiony 2000 calorie tego samego producenta. Mam też wrażenie, że jest odrobinę od niego trwalszy. Cenowo również wypada korzystnie, ponieważ za 11 ml zapłacimy około 35 zł (bez promocji). Czego chcieć więcej? Zdecydowanie polecam, ja na pewno sięgnę po niego jeszcze nie raz.

Producent: Max Factor
Pełna nazwa: Wild Mega Volume Mascara
Pojemność: 11 ml
Cena: 35 zł
Ocena: 9/10
TROSZKĘ O PĘDZLACH, PO KTÓRE NAJCHĘTNIEJ SIĘGAŁAM W 2012 ROKU

24.1.13

TROSZKĘ O PĘDZLACH, PO KTÓRE NAJCHĘTNIEJ SIĘGAŁAM W 2012 ROKU

Dzisiaj mam dla Was notkę, w której chciałam pokazać Wam pięć pędzli, po które sięgałam najczęściej w roku 2012. Jest to swego rodzaju początek podsumowań najlepszych kosmetyków i akcesoriów minionego roku, ponieważ wiem, że takie notki czytać lubicie. Mam nadzieję, że cykl przypadnie Wam do gustu.

Zanim przejdę do wymieniania poszczególnych pędzelków, chcę nadmienić co w codziennym makijażu jest dla mnie najważniejsze, ponieważ łatwiej będzie Wam zrozumieć dlaczego są to akurat te pędzelki, a nie inne. Makijaż podstawowy to dla mnie ukrycie niedoskonałości, wykonturowanie twarzy oraz podkreślenie brwi i oka, czyli podkład + bronzer + cienie. Eyeliner, róż i szminkę stosuję jedynie od święta.


Rok 2012 był rokiem, w którym wypróbowałam mnóstwo pędzli do makijażu - nowości Hakuro, nowości Real Techniques, pędzle Annabelle Minerals, czy moje pierwsze pędzelki MAC. Do pędzli Real Techniques zapałałam wręcz miłością, ponieważ są to świetne produkty za naprawdę niewielkie pieniądze (moją kolekcję chwaliłam się tu). Zdecydowanym beniaminkiem tego zbioru jest pędzel expert face brush, którego używam do aplikacji podkładu płynnego. Ma bardzo miękkie włosie, ale nie na tyle żeby nieestetycznie smużyć, świetnie leży w dłoni, a do tego jest łatwy w utrzymaniu - piorąc go wieczorem, rano jest już suchutki. Warto nadmienić, że mam go już prawie rok, piorę trzy razy w tygodniu i nadal wygląda jak nówka.

Drugim pędzlem do twarzy, po którego sięgam bardzo często jest angled blush brush marki Sephora. Stosuję go głównie do aplikacji bronzera, ale czasem także i różu. Wykonany jest z włosia naturalnego, jest mięciutki i puchaty, ale lubi nabrać za dużo kosmetyku. Trzeba więc pamiętać o strzepnięciu tego nadmiaru. Poza tym pędzelek świetny.


Kolejny pędzelek to również wytwór marki Real Techniques, a mianowicie brow brush, którego używam wyłącznie do aplikowania cienia na brwi. Do tej czynności ma idealną wielkość i świetne sprężynujące włosie. Nadanie odpowiedniego kształtu brwiom zajmuje mi dosłownie kilka sekund.

Pędzla MAC 217 nie muszę przedstawiać chyba nikomu. Jest to najlepszy pędzel jaki kiedykolwiek został wyprodukowany, a raczej wypuszczony na rynek. Jest miażdżąco uniwersalny - można nim cień nałożyć, rozblendować, nałożyć korektor pod oczy, a nawet w ekstremalnych warunkach szminkę. Ten pędzel to absolutny must have każdej malującej się kobiety.

Ostatnim pędzlem jest Maestro 320, który służy nam do nakładania cienia na powieki. Rozmiar należy dobrać do wielkości własnej powieki, ja zdecydowałam się na pędzel w rozmiarze 8. Jestem z niego bardzo zadowolona, spełnia swoją rolę jak powinien. Minusem jest tylko długość rączki, przez którą czasem zahaczam o lusterko. Ale wybaczam mu.

I to by było na tyle. Oczywiście wszystkie przedstawione tu pędzelki polecam Wam z czystym sumieniem.
A może Wy macie jakiś pędzelkowych ulubieńców? Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach!
NAWILŻAJĄCY KREM NATURALOE, CZYLI ZIMOWY ULUBIENIEC

28.11.12

NAWILŻAJĄCY KREM NATURALOE, CZYLI ZIMOWY ULUBIENIEC

Wczoraj, przy okazji pokazywania nowości, wspomniałam o kremie aloesowym, którego namiętnie używam od kilku tygodni (klik). Trafiłam na niego zupełnym przypadkiem, a że jestem ogromną fanką aloesu w każdej postaci szybko się zaprzyjaźniliśmy. Myślę, że jest to kosmetyk, który zagości u mnie już na stałe.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Formuła kremu składająca się z 30% czystego aloesu, witaminy E oraz wosku pszczelego, które wygładzają i odżywiają skórę, sprawiając, że staje się nawilżona i zdrowa.
Aloes przenika głęboko w głąb skóry. Związany z innymi elementami jak witamina E, pomaga w przejściu poprzez naskórek do skóry i aktywuje mikro cyrkulację krwi. Aloes przenika do skóry cztery razy bardziej niż woda. Krem Nawilżający Naturaloe uwalnia skórę od martwego naskórka. Dzięki działaniu enzymom proteolitycznym (enzymy, które hydrolizują proteiny), eliminuje martwy naskórek. Usuwanie naskórka jest bardzo ważne, w przeciwnym wypadku skóra traci elastyczność. Aloes jest wspaniałym regeneratorem naskórka. Zapewni i przyspiesza wzrost nowego naskórka, dzięki wielu elementom odżywczym jakie posiada.

SKŁAD:
Aloe Barbadensis Gel, Cetearyl Alcohol (and) ceteareth-20, Octyl dodecanol, Cetyl alcohol, Mineral oil, Beeswax, Dimethycone, Tocopheryl acetate, Diazolidinylurea and Iodopropynyl Butylcarbamate and Propyleneglycol, Fragance, Acrylamide and sodium acrylate copolymer (and) mineral oil (and) tridiceth-6, C.I. 19140, C.I. 42090.


MOJA OPINIA:
Skoro już na wstępie zdradziłam Wam, że mam do niego słabość, mogę spokojnie darować sobie budowanie zbędnego napięcia. Krem jest po prostu świetny. Począwszy od tego, że zawiera aż 30% czystego aloesu, który, jak każda z nas wie, ma zbawienny wpływ na naszą skórę, poprzez ogromne opakowanie zawierające aż 100 ml kosmetyku przy cenie zaledwie 30 zł za tubkę, zapach, idealną konsystencję, a na właściwościach kremu skończywszy.
Krem faktycznie bardzo dobrze nawilża moją skłonną do przesuszeń skórę (zwłaszcza w okresie zimowym), a przy tym świetnie się wchłania, praktycznie do matu. Zazwyczaj kremy mocno nawilżające zostawiają nam na skórze charakterystyczny film (ze względu na olejową bazę). W przypadku Naturaloe głównym składnikiem odpowiedzialnym za nawilżenie jest właśnie aloes, który wnika głęboko w skórę nie pozostawiając tłustej i lepiej warstwy (kto ma koty ten wie co znaczy sierść przyklejona do twarzy). Dodam jeszcze, że krem jak najbardziej nadaje się pod makijaż.


Zdecydowanym minusem kremu Naturaloe jest jego dostępność. Póki co widziałam go jedynie na allegro i w sklepie internetowym producenta (klik). Jednak biorąc pod uwagę fakt, że jest to produkt stosunkowo nowy na polskim rynku liczę tu na jakąś poprawę.

PODSUMOWANIE:
Podsumowując jestem z tego produktu bardzo zadowolona. Krem przyda się nam nie tylko w mroźne zimowe dni, ale również w te słoneczne letnie kiedy troszkę za mocno przygrzeje nam słońce. Myślę, że dobrze sprawdzi się u osób ze skórą wrażliwą i podatną na podrażnienia (muszę wcisnąć go mamie do przetestowania :D) oraz oczywiście suchą i przesuszoną jak moja.

Producent: Naturaloe
Pełna nazwa: krem nawilżający 30% aloes
Przeznaczenie: wszystkie rodzaje skóry
Pojemność: 100 ml
Cena: 29,00 zł
Ocena: 10/10
Copyright © vexgirl