Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIELĘGNACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIELĘGNACJA. Pokaż wszystkie posty
Ulubieńcy kosmetyczni - czerwiec 2019

15.7.19

Ulubieńcy kosmetyczni - czerwiec 2019

    Lato już w czerwcu zawitało do nas w pełni, wprawiając mnie osobiście w bardzo wakacyjny nastrój. Co prawda na prawdziwy urlop muszę jeszcze poczekać, ale póki co słońca wcale nie brakuje. W związku z tym w zestawieniu niewiele u mnie kosmetyków kolorowych (pff bo kto by się w takie upały malował), za to więcej fajnej pielęgnacji.


1. Xen-Tan, Dark Lotion, Samoopalacz do ciała

Co roku szarpałam się z myślami pomiędzy chodzeniem do solarium, a kupowaniem kosmetyków samoopalających. Z jednej strony solarium jest po prostu niezdrowe i niebezpieczne, a z drugiej strony większość kosmetyków samoopalających albo smuży albo zostawia brzydki odcień pomarańczki na ciele. Problem rozwiązał mi się sam odkąd odkryłam samoopalacz Xen-Tan, który w połączeniu z dobrą rękawicą daje efekt apetycznie wyglądającej skóry muśniętej słońcem. Póki co u mnie najlepszy produkt w kategorii.

2. Garnier, Fructis, Banana Hair Food, Odżywcza maska do włosów bardzo suchych

W internecie można znaleźć całe mnóstwo peanów i pieśni pochwalnych tej maski do włosów. Nie będę się więc nadaremnie rozpisywać, napiszę tylko, że to wszystko co przeczytacie to sama prawda. Ja sama zużyłam już chyba z cztery, czy pięć opakowań i ani widzi mi się znudzić. Polecam, szczególnie latem, kiedy włosy najbardziej narażone są na działanie słońca, morskiej wody, czy chloru w basenach.

3. Miya Cosmetics, myWONDERBALM, I’m Coco Nuts, Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

Jeśli ktoś z Was jakimś cudem przeoczył poprzednią notkę o tym kremie, to koniecznie teraz leci i nadrabia (klik). Co tu dużo mówić - świetny krem, o bardzo dobrym składzie, w fajnym opakowaniu i w dodatku za niewielkie pieniądze. Polecam polować na promki w Hebe, czy Rossmannie.

4. Urban Decay, Płynny Cień Do Powiek Moondust, Zap

Cień kupiłam na promocji przy okazji większych zakupów w Sephora, bo zachciało mi się czegoś w kremie, co sprawdziłoby się podczas upałów. I to był strzał w dziesiątkę. Odcień Zap to przepięknie mieniące się stare złoto. Dzięki aplikatorowi możemy go używać na całą powiekę lub jako eyeliner. Nie do zdarcia, nawet w 36° upale.

5. Obag Ochic Phard

Jedyny niekosmetyczny ulubieniec w tym zestawieniu, ale musiałam o nim wspomnieć. Torebki Obag wracają u mnie do łask, głównie za sprawą dołączenia do fejsbookowych grup, gdzie przepadłam. Obag są nie do zdarcia, moja najstarsza ma 8 lat i dalej wygląda naprawdę dobrze. Mnóstwo fasonów do wyboru, jeszcze więcej kolorów. Szczególnie dla fanek Melissek, Crocksów i Hunterów.

6. Clarins, Instant Light Lip Comfort Oil, Olejek do ust, 01 Honey

Kolejna pozycja, do której wróciłam po pewnym czasie i przeżywa u mnie swój renesans. Olejku używałam w okresie zimowym jakieś 2 lata temu i bardzo go polubiłam. Później zapanował szał na matowe usta i tym samym olejek jakoś poszedł w odstawkę. Ostatnio przy okazji fajnej promocji w perfumerii Douglas przypomniałam sobie o nim i... dalej jest super. Dobrze nawilża usta, pozostawiony na noc grubą warstwą jest świetną kuracją regenerującą. Bardzo lubię.

7. Dove, Exfoliating Body Polish, Krem - peeling pod prysznic, Granat i masło shea

Moim zdaniem najlepszy drogeryjny peeling do ciała. Bardzo kremowa konsystencja, fajnie zmielone drobinki, piękny zapach. Póki co próbowałam tylko wersji Granat i masło shea, ale na pewno skuszę się też na inne warianty zapachowe. 

8. L'Oreal Paris, True Match, Podkład do twarzy, 2.N Vanilla

Początkowo podchodziłam do tego podkładu z nutą sceptycyzmu, ponieważ stara wersja True Match jakoś do mnie nie przemawiała. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że ta nowa nijak nie przypomina starszej wersji. Podkład idealnie stapia się ze skórą, nie tworzy maski, tylko wygląda jak druga skóra. Kolorystyka również na plus - moim zdaniem idealna dla Słowianek. Podkładem zastyga, ale jest czas, żeby zbudować krycie do naprawdę przyzwoitego. Wytrzymuje u mnie cały dzień, pod koniec delikatnie ściera się tylko w okolicach ust i nosa. Ostatnio mój ulubiony podkład.

9. Sephora, Pędzel do podkładu, 10

Dorwałam ten pędzel na wyprzedaży za niecałe 20 zł i używam do nakładania masek. Do podkładów pędzle typu język sprawdzają się jedynie do nałożenia ze słoiczka na twarz. Absolutnie nie polecam takiego pędzla używać do aplikacji, ponieważ jedyne czego się nabawimy to frustracji i smug na twarzy. Za to do maseczek sprawdza się idealnie.

- - - - - - - - - - - - - - - - - 

Macie jakiś ulubieńców miesiąca czerwiec? Co sprawdza się u Was ostatnio? Koniecznie się pochwalcie!
myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

13.7.19

myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

    Wspominałam Wam ostatnio na moim Insta (klik), że poczyniłam (nie)małe zakupy kosmetyków brandu, którego od pewnego czasu byłam bardzo ciekawa, czyli naszej rodzimej marki Miya. Jako, że szybko poczułam lekki niedosyt, to skusiłam się ostatnio jeszcze na promocję -40%,i tym samym mam do przetestowania praktycznie cały ich asortyment. Ostatni miesiąc prężnie testowałam kilka kosmetyków, m. in. jeden z ich flagowych produktów, tj. intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym, o jakże wdzięcznej nazwie I’m Coco Nuts.


myWONDERBALM - I’m Coco Nuts - Intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem kokosowym

Intensywnie nawilża. Regeneruje i koi. Poprawia elastyczność.
Olejek kokosowy nawilża, regeneruje i koi skórę, odbudowując jej płaszcz hydrolipidowy. Olejek sezamowy, witamina E i prowitamina B5 odżywiają skórę, nadając jej elastyczność i miękkość oraz regulują jej nawilżenie. Dzięki lekkiej, kremowej formule QuickAbsorb szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż.
97% składników pochodzenia naturalnego. 0% zbędnych dodatków. Bez silikonów, parafiny, PEG-ów, olejów mineralnych, parabenów.


    Jeszcze słowem wstępu napiszę, że marka Miya została, wcale nie tak dawno temu, stworzona przez dwie bardzo uzdolnione dziewczyny, które chciały stworzyć pielęgnację, dzięki której nasza skóra i przede wszystkim my będziemy wyglądać i czuć się pięknie. No cóż, udało im się to pierwszorzędnie. Aktualne to już nie jest startup, czy niewielka firma, tylko mocna marka, którą bardzo entuzjastycznie promują nie tylko blogerki urodowe, ale również i polskie celebrytki. Trzymam mocno kciuki za dziewczyny, bo w końcu GIRL POWER ♥♥♥!!!


    Przechodząc już do recenzji kremu I’m Coco Nuts nie mogę na początek nie wspomnieć o uroczych opakowaniach. No sami powiedzcie, czy ta kolorystyka i ten minimalizm nie chwytają Was za serce? Ja jestem kupiona. Uważam, że na drogeryjnych półkach (np. Hebe) te produkty naprawdę wybijają się na tle konkurencji.


    Wspomniany krem przeznaczony jest do każdego typu skóry, także wrażliwej, natomiast producent na stronie sugeruje przeznaczenie szczególnie do skóry normalnej, mieszanej, ze skłonnością do tłustej lub tłustej. I to by się zgadzało, ponieważ na mojej suchej skórze w okresie zimowym zdecydowanie lepiej sprawdzała się różana wersja. W lecie za to, wersja kokosowa w pełni zaspokaja moje potrzeby.


    Krem można stosować jako krem do twarzy, ale również jako krem do rąk, czy nawet balsam do ciała, co sprawia że jest to kosmetyk tak uniwersalny, że można nosić go cały czas przy sobie w torebce. Każda z czterech wersji kremu zawiera 75 ml kosmetyku, czyli tyle ile przeciętnie ma krem do rąk. Równocześnie myWONDERBALM kosztuje zaledwie 29,99 zł za tubkę, w czym znów przewyższa konkurencję.


    No to na koniec pozostaje tylko pytanie czy właściwości kremu są tak dobre, jak te wszystkie wcześniej wymienione plusy? Otóż dla mnie absolutnie tak. Stosuję go rano i wieczorem i muszę przyznać, że I’m Coco Nuts nawilża moją skórę tak dobrze, że rano nie budzę się z uczuciem ściagnięcia na buzi. Idealnie sprawdza się także pod makijaż, nie roluje się i w żaden sposób nie gryzie się z moimi ulubionymi podkładami. Ogromnym plusem jest to, że przy ciągłym używaniu nie zapycha! Jednakże podkreślę raz jeszcze, że krem u mnie sprawdza się w lecie, natomiast w okresie zimowym dla mojej suchej skóry jest za lekki.


    Jak łatwo się domyślić, skoro sprawdza się na skórze twarzy, to także sprawdza się super jako krem do rąk oraz balsam do ciało. Dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu na skórze. jedyne do czego mogłabym się przyczepić to fakt, że nie posiada żadnego filtra do twarzy i w lecie trzeba dodatkowo się czymś dosmarować. Oprócz tego, nie mam mu zupełnie nic do zarzucenia. Zdecydowanie mogę mu przyznać miano jednego z moich ulubieńców. Vexgirl approved!
L`Oreal Paris - Elseve - Magiczna Moc Olejków - Maska odżywcza z olejkiem kokosowym

11.6.19

L`Oreal Paris - Elseve - Magiczna Moc Olejków - Maska odżywcza z olejkiem kokosowym

    Zawsze gdy jestem w drogerii rozglądam się bacznie za nowościami do włosów. Bardzo lubię testować coraz to nowe wynalazki do pielęgnacji włosów, szukając rarytasów. Czasem trafiam na buble, ale zdarzają się prawdziwe perełki. I taką właśnie jest maska L`Oreal Magiczna Moc Olejków z olejkiem kokosowym.


    Zanim przejdę do recenzji, chciałabym zaznaczyć, że w tym momencie mam włosy rozjaśnione na całej długości do praktycznie platynowego blondu, dodatkowo traktowane prostownicą. Siłą rzeczy są mocno uwrażliwione i suche. Maska z opisu wydaje się więc idealna dla mnie.

Zanurz się w kremowej konsystencji i zmysłowym zapachu odżywczej maski przeznaczonej do włosów potrzebujących lekkiego odżywienia. Formuła wzbogacona olejkiem kokosowym głęboko odżywia,pozostawiając niezwykle miękkie,lśniące i pełne życia włosy.


    Opakowanie jest niepozorne i szczerze mówiąc kompletnie nieprzemawiające do mnie kolorystycznie. Ale to nic, bo jak się okazuje wnętrze wynagradza mi wszystko. Począwszy od słodkiego kokosowego zapachu, który wyczuwalny jest nie tylko podczas aplikacji, ale także pozostaje na włosach przez kilka godzin. Alert dla osób nieprzepadających za kokosowym zapachem - nie polubicie się. Za to osoby, które jak ja lubują się w kokosie, zakochają się po uszy.

    Konsystencja maski jest kremowa i gęsta, dzięki czemu łatwo się rozprowadza. Nie spływa z włosów, nie robią się glutki i śmiało można ją trzymać dłużej na włosach, zajmując się w tym czasie swoimi sprawami :)


    I teraz najważniejsze, czyli efekty. No po prostu petarda. Maska pozostawia włosy wyczuwalnie odżywione, nawilżone i mięciutkie. Z czasem włosy stają się wyraźnie zdrowsze, bardziej błyszczące, a ich kondycja namacalnie poprawiona. Zużyłam póki co 2 opakowania (każde po 300 ml) i zdecydowanie widać dobry wpływ maski na moje włosy. Nie mam w zasadzie do czego się przyczepić, bo nawet cena jest świetna, tj. około 20 zł. Uważam, że Maska odżywcza z olejkiem kokosowym Magiczna Moc Olejków bije na głowę konkurencję, która nierzadko jest nawet kilkukrotnie droższa.
DR IRENA ERIS BODY ART BUST C+ CARE - INTENSYWNY KREM UJĘDRNIAJĄCO-REGENERUJĄCY DO BIUSTU

10.4.17

DR IRENA ERIS BODY ART BUST C+ CARE - INTENSYWNY KREM UJĘDRNIAJĄCO-REGENERUJĄCY DO BIUSTU

Przyznam szczerze, że przez bardzo długi okres czasu z kosmetykami do pielęgnacji biustu jakoś nie było mi szczególnie po drodze. Czasem zamówiłam jakiś tam ujędrniający krem z Avon, ale generalnie omijałam "te półki" w drogeriach dość szerokim łukiem, udając że to mnie zupełnie nie dotyczy. Tematem zainteresowałam się dopiero po skończeniu trzydziestki (i zrzuceniu kilkunastu kilogramów), ponieważ nie od dziś wiadomo, że po trzydziestce wszystko się zmienia...

Jestem właścicielką biustu w rozmiarze D80, czyli, nie ukrywajmy, do najmniejszych nie należy. Przy takich wymiarach dobór odpowiedniego biustonosza to już połowa sukcesu, ale teraz już wiem, że dobór odpowiedniej pielęgnacji to jest dopiero klucz do sukcesu.


Unikatowy intensywny krem do biustu pomaga udoskonalić jego kształt i ujędrnić skórę za sprawą kompleksu Firmix C+. Synergia działania błękitnego retinolu oraz kwasu foliowego intensywnie uelastycznia skórę.
Sposób użycia: Polecany do codziennej pielęgnacji skóry biustu o pełniejszych kształtach. Szczególnie polecany jako kuracja ujędrniająca w trakcie stosowania diet odchudzających.

Czytając opis producenta wydawało mi się, że jest to dokładnie taki produkt, jakiego potrzebuję - miał poprawić kształt biustu, uelastycznić skórę, a przy tym nawilżyć. Skrupulatnie więc wcierałam go na noc przez ostatnie trzy tygodnie, obserwując efekty. Po trzech tygodniach przyszła pora na podsumowanie.


Opakowania marki Dr Irena Eris zawsze prezentują się wyśmienicie, i nie inaczej jest w tym przypadku. Butelka utrzymana w kolorystyce biało-srebrnej, z pompką typu air-less, zawiera 100 ml produktu. Po trzech tygodniach codziennego wsmarowywania zużycie oceniam na około 30%, czyli produkt jest wydajny. Jedno naciśnięcie pompki dozuje dawkę kosmetyku, wystarczającą na jednorazową aplikację.

Krem dzięki jasnoróżowemu kolorowi oraz perfumowanemu zapachowi sprawia wrażenie bardzo ekskluzywnego. Aplikacja jest przyjemna, a sam produkt błyskawicznie się wchłania.


Pierwsze efekty odczuwamy natychmiastowo - skóra jest przyjemna w dotyku, sprawia wrażenie odżywionej, a efekt utrzymuje się przez cały następny dzień. Po kilku dniach zauważyłam, że poprawił mi się się owal piersi, nabrały ładniejszego kształtu. Myślę, że posiadaczki większych piersi doskonale wiedzą o czym mówię. Zauważyłam również, że poprawił mi się wygląd dekoltu - skóra jest bardziej sprężysta, wygładzona i ma ładniejszy kolor.


Po trzech tygodniach stosowania kremu Bust C+ Care śmiało mogę napisać, że jest to świetny produkt. Żadna obietnica producenta nie została napisana na wyrost, a samo używanie jest czystą przyjemnością. Krem faktycznie przyczynił się do poprawy wyglądu moich piersi, skóra jest nawilżona i widocznie odżywiona. Polecam szczególnie kobietom z większym biustem oraz borykającym się z jędrnością skóry piersi.

Składniki aktywne: lecytyna (Lecithin), witamina E (tokoferol), skrzyp polny (Equisetum Arvense), Centella Asiatica, żeń- szeń (Panax Ginseng), algi mikroalgi zielone (Chlorella), algi błękitne (Algae Extract, błękitny retinol), Sodium Chondroitin Sulfate, folacyna (kwas foliowy), olej z pestek jabłka (Pyrus Malus Fruit Extract), Błękitna alga (Aphanizomenon Flos-aquae).
AURIGA - FLAVO C - SERUM PRZECIWZMARSZCZKOWE

21.3.17

AURIGA - FLAVO C - SERUM PRZECIWZMARSZCZKOWE

Wczoraj o godzinie 11:29 Słońce przeszło przez punkt Barana i tym samym rozpoczęła się nam astronomiczna wiosna, dzisiaj natomiast zaczęła się nam już wiosna kalendarzowa. Myślę, że to świetna okazja, żeby poopowiadać na blogu o produkcie, po który zawsze bardzo chętnie sięgam właśnie na wiosnę.


Co roku, zaraz po okresie jesienno-zimowym, czyli tzw. okresie grzewczym, moja skóra jest bardzo przesuszona i mocno poszarzała. Na domiar złego, dużo łatwiej wtedy u mnie o różnego rodzaju alergie, swędzące plamki, czy zaczerwienienia. Nie trudno się domyślić, że jest to oczywiście wynik przesuszonego powietrza (nie tylko od grzejników, ale również od wszechobecnej ostatnio klimatyzacji) oraz braku słońca. W takich sytuacjach sięgam zawsze po sprawdzony przeze mnie kosmetyk, czyli serum przeciwzmarszczkowe Auriga Flavo-C z witaminą C 8%. Podkreślam tutaj procent, ponieważ dostępna jest również wersja Forte 16%, natomiast nie miałam okazji jej jeszcze użyć i recenzja dotyczy wersji 8%.


★ OBIETNICE PRODUCENTA

Spektakularne rozświetlenie skóry, dodanie skórze blasku, wygładzenie i spłycenie zmarszczek, prewencja przeciwzmarszczkowa dzięki ograniczeniu działania wolnych rodników, wzmocnienie naczyń krwionośnych. Szczególnie polecane dla osób od około 25-go roku życia, aby opóźnić pojawienie się pierwszych zmarszczek; w przypadku już istniejących zmarszczek oraz innych oznak starzenia się skóry, takich jak utrata elastyczności, plamy barwnikowe; dla palaczy oraz osób przebywających często w klimatyzowanych pomieszczeniach; w warunkach miejskich, aby wzmocnić procesy naprawcze skóry; w przypadku skóry zniszczonej słońcem. 


Mając na uwadze, że większość z punktów wymienionych w opisie producenta dla kogo skierowane jest serum, pasuje do mnie, nie mogłam przejść koło niego obojętnie. Pierwsza buteleczka trafiła w moje ręce wiosną 2014 roku i od tego czasu kupuję je regularnie. Buteleczka, którą widzicie na zdjęciach to moje trzecie opakowanie.

W aptekach dostępne są pojemności 15 ml i 30 ml. Ja zawsze kupuję 30 ml, ponieważ starcza mi wtedy aż do lata, czyli mniej więcej na 3 miesiące stosowania. Po takim okresie moja skóra jest w naprawdę dobrej, zadowalającej mnie kondycji. Warto też nadmienić, że obie wersje sprzedawane są w białych szklanych butelkach z pipetką, która dozuje nam odpowiednią ilość preparatu. U mnie sprawdza się proporcja jednej pipetki na całą twarz i skórę szyi.


Serum ma bardzo specyficzny ziołowo-naturalny zapach i uprzedzam, że nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie się nawet podoba, więc stosowanie go jest dla mnie przyjemnością. Co prawda zaraz po aplikacji skóra ma tendencję do klejenia się, ale trwa to jakieś 20 min. Po tym czasie śmiało można już aplikować krem. Serum wchłania się nie pozostawiając tłustej warstwy, więc teoretycznie można go stosować rano i wieczorem. No ale kto z nas ma rano 20 minut na to aż serum się wchłonie? Ja ograniczam się do używania go jedynie na noc i jestem z efektów zadowolona.

★ ZA CO LUBIĘ SERUM AURIGA FLAVO-C?

Odpowiedź jest banalnie prosta - za efekty jakie zapewnia mojej skórze. Efekty zauważalne od razu, już przy pierwszej aplikacji to napięta, miła w dotyku skóra. Po kilku dniach pory stają się mniej widoczne, skóra jest lepiej nawilżona, a napięcie jeszcze bardziej odczuwalne. Po około miesiącu koloryt skóry staje się bardziej wyrównany, a twarz staje się rozjaśniona i promienna.

Śmiało mogę stwierdzić, że serum zapewnia mojej skórze zdrowy wygląd.



★ CZY POLECAM FLAVO-C?

Oczywiście, że TAK. Jest to naprawdę dobry kosmetyk, który za każdym razem zapewnia mi takie efekty, jakie producent nam obiecuje. Moja skóra naprawdę je lubi i odwdzięcza mi się pięknym wyglądem. Oczywiście kusi mnie jeszcze wersja 16%, ale nie jestem pewna czy moja skóra potrzebuje aż takiej dawki.
LA ROCHE-POSAY - ROSALIAC AR INTENSE - INTENSYWNA KURACJA NA MIEJSCOWE ZACZERWIENIENIA SKÓRY

19.12.16

LA ROCHE-POSAY - ROSALIAC AR INTENSE - INTENSYWNA KURACJA NA MIEJSCOWE ZACZERWIENIENIA SKÓRY

Dobór odpowiedniego kremu w okresie jesienno-zimowym to nie lada wyczyn. Zwłaszcza jeśli nasza skóra jest podatna na przesuszenie i łatwo staje się zaczerwieniona od zimna, tak jak moja. Z problemem skóry naczynkowej borykam się już praktycznie od lat, więc wierzcie mi, że czerwone od zimna policzki, czy pękające wokół nosa naczynka były stałym elementem mojego zimowego krajobrazu. Będą przekonana, że nic nie jestem w stanie z tym zrobić, na poprawę samopoczucia stosowałam po prostu zieloną bazę pod makijaż. Aż natknęłam się na krem Rosaliac AR Intense.


SERUM DO RZĘS BODETKO LASH - RECENZJA I EFEKTY

8.1.16

SERUM DO RZĘS BODETKO LASH - RECENZJA I EFEKTY

Już jako dwulatka byłam posiadaczką długich, gęstych i ciemnych rzęs. W szkole koleżanki zgrzytały zębami z zazdrości, a mama na każdym kroku chwaliła się koleżankom, jakie to piękne rzęsy odziedziczyłam po tacie (oh really?). Osobiście nigdy nie przywiązyłam do nich jakiejś szczególnej wagi i po prostu traktowałam je najzwyklejszą maskarą. Przyglądać się im zaczęłam dopiero przy okazji wielkiego bumu na odżywki do rzęs. Z ciekawości sięgnęłam najpierw po RevitaLash, później po LashFood, NeuLash, teraz natomiast przyszła kolej na... Bodetko Lash. Jeśli jesteście ciekawe mojej recenzji oraz efektu, zapraszam do lektury.


Pewnie zastanawiacie się jaki jest sens sięgania po odżwyki, skoro ma się ładne, niczego nie wymagające rzęsy. Ano dlatego żeby sprawdzić czy na wszystkie rodzaje rzęs działają i czy faktycznie efekt utrzymuje się po odstawieniu. W przypadku wcześniej wymienionych RevitaLash, LashFood oraz NeuLash efekt utrzymywał się jeszcze przez okres około 2 tygodni. Dupy nie urywa, zwłaszcza że miesięczna kuracja przykładowej RevitaLash kosztuje około 60 zł. Zanim jednak przejdę do konkretów na temat Bodetko Lash, najpierw przytoczę kilka słów od producenta:

Serum do rzęs BODETKO LASH dedykowane jest dla osób, które pragną mieć dłuższe i gęstsze rzęsy. Systematyczne stosowanie zapewni piękny i zdrowy wachlarz rzęs. Odżywkę można stosować przy doklejanych rzęsach gdyż nie wchodzi ona w żadną reakcję z klejem do rzęs.
Stosuj BODETKO LASH raz dziennie, a już po miesiącu zobaczysz rożnicę. Po 3 miesiącach regularnego stosowania będziesz się cieszyła długimi, gęstymi i mocnymi rzęsami.
Pojemności: 1,5 ml/89 zł lub 3 ml/149 zł. Do kupienia tutaj.


Odżywkę otrzymujemy w niewielkim eleganckim czarno-złotym kartoniku (na bank go gdzieś chowałam, żeby Wam pokazać, ale szlag by to, gdzieś go wcięło). Sama buteleczka również utrzymana jest w takiej samej tonacji, co zdecydowanie cieszy damskie srocze oko. Co do stosowania, to z założenia należy ją aplikować raz dziennie wieczorem tuż po demakijażu przez okres pierwszych 3 miesięcy. Po tym okresie wystarczy już tylko 2 razy w tygodniu, aby efekt się nam utrzymywał na dłużej.

Producent podaje, że buteleczka o pojemności 3 ml powinna nam starczyć na około 6-8 miesięcy. Moim zdaniem jest to trochę przesadzone i mnie starczyła raczej na jakieś 4-5 miesięcy. Ale zaznaczam, że podczas aplikacji jakoś szczególnie sobie jej nie skąpiłam.


Stosowanie odżywki rozpoczęłam zaraz na początku sierpnia i już po około 3 tygodniach dostrzegłam pierwsze efekty. Początkowo rzęsy stały się ciemniejsze i jakby rozsnące w jednym kierunku. Dość ciężko to wytłumaczyć, ale myślę że zdjęcie na samym dole powinno w miarę oddawać o czym mówię.
Dodam, że przez cały okres stosowania nie zaobserwowałam żadnych efektów ubocznych takich jak pieczenie, swędzenie, podrażnienie czy zaczerwienienie.

Kolejne tygodnie przyniosły jeszcze lepsze efekty w postaci objetości i rewelacyjnej długości. Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że moje rzęsy mogą być tak długie. Musiałam zmienić maskarę, ponieważ używając wydłużającego tuszu rzęsy zahaczały mi o okulary.


Na początku listopada, zgodnie z zaleceniami producenta zmniejszyłam częstotliwość aplikowania z codziennego na dwa razy w tygodniu. Faktycznie nie zaobserowałam żadnych zmian - rzęsy nadal wyglądały doskonale. W połowie grudnia, przez swoją głupotę i niedopatrzenie zapomniałam wziąć ze sobą odżywki na 10-dniowy wyjazd. Bałam się, że to mocno wpływnie na wygląd moich rzęs, ale nic bardziej mylnego. Wszystko było w jak najlepszym porządku.

Odżwyka skończyła mi się jakieś 3 tygodnie temu i rzęsy powoli zaczynają tracić na gęstości. Myśle, że jest to niestety nieunikniony proces przy stosowaniu tego typu produktów. Nie zmienia to faktu, iż uważam, że odżywka Bodetko Lash jest w tym momencie jedną z najlepszych odżwek na rynku. Przebija pozostałe ceną, brakiem podrażnienia oraz tym jak długo efekty utrzymują się po zakończeniu kuracji.

GARNIER FRUCTIS - GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE - SZAMPON WZMACNIAJĄCY

31.1.15

GARNIER FRUCTIS - GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE - SZAMPON WZMACNIAJĄCY

Co prawda szampon wzmacniający do włosów bardzo zniszczonych Garnier Fructis, o którym pisałam dwa tygodnie temu kompletnie się u mnie nie sprawdził (klik), ale postanowiłam dać marce jeszcze jedną szansę i sięgnęłam po kolejną pozycję, czyli szampon wzmacniający Garnier Fructis GĘSTE I ZACHWYCAJĄCE. Nie dość, że znów według obietnic producenta jest to produkt dla mnie idealny, to jeszcze ma opakowanie w przepięknym malinowym kolorze. I to właśnie chyba wyłącznie przez ten rzucający się w oczy kolor, Garnier ponownie zagościł na mojej łazienkowej półce. Czy słusznie? Przeczytajcie sami.


L'BIOTICA BIOVAX NATURALNE OLEJE - INTENSYWNIE REGENERUJĄCA MASECZKA (ARGAN + MAKADAMIA + KOKOS)

1.1.15

L'BIOTICA BIOVAX NATURALNE OLEJE - INTENSYWNIE REGENERUJĄCA MASECZKA (ARGAN + MAKADAMIA + KOKOS)

W związku z tym, że ostatnio namiętnie zapuszczam włosy, zaczęłam przywiązywać dość sporą uwagę do tego, co na nie nakładam. Pewnie zorientowałyście się po kilku ostatnich postach, że więcej u mnie włosowej pielęgnacji, niż całej reszty (btw ciekawe czy to przychodzi z wiekiem?). Tak więc po średnio zadowalającej masce L`Oreal - Elseve Fibralogy przyszła pora na wypróbowanie mniej drogeryjnej pozycji, ze zdecydowanie lepszym składem, tj. L'biotica BIOVAX naturalne oleje.

Moje włosy aktualnie sięgają prawie do ramion. Jeszcze nie jestem w stanie ich wszystkich spiąć w wysokiego kucyka, jednak do najkrótszych też już nie należą. Końcówki włosów są przez tą długość mocno narażone na wszelkiego rodzaju mechaniczne uszkodzenia. Oprócz tego w dalszym ciągu farbuję włosy na blond, toteż suchość i porowatość nie jest im obca. Wobec powyższego maska L'biotica BIOVAX naturalne oleje wydawała się być dla mnie idealnym wyborem.


GARNIER SKIN NATURALS - PŁYN MICELARNY 3 W 1

5.10.14

GARNIER SKIN NATURALS - PŁYN MICELARNY 3 W 1

Skoro jesteśmy już w temacie oczyszczania twarzy (tutaj recenzja świetnego żelu do mycia) koniecznie muszę Wam napisać o kolejnym moim ulubieńcu z tej kategorii, czyli płynie micelarnym marki Garnier. Zanim przejdę do sedna, pragnę Wam jeszcze nadmienić, że odkąd stosuję szczoteczkę soniczną moje oczyszczanie twarzy ogranicza się właściwie do dwóch produktów, tzn. coś do demakijażu oczu (płyn, chusteczki, micel) plus żel do mycia twarzy.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Płyn micelarny 3 w 1 to prosty sposób, by usunąć makijaż oraz oczyścić i ukoić całą skórę (twarz, oczy, usta) za pomocą jednego gestu. Nie wymaga spłukiwania.To pierwszy inteligentny produkt oczyszczający od Garniera, w którym została zastosowana technologia miceli. Nie musisz już trzeć, by pozbyć się zanieczyszczeń i makijażu - micele wiążą je niczym magnes. Efektem jest idealnie czysta skóra bez pocierania. Bezzapachowy.


MOJA JESIENNA PIELĘGNACJA UST

2.10.14

MOJA JESIENNA PIELĘGNACJA UST

Uwaga, uwaga! Dzisiaj po raz pierwszy wychodząc z domu założyłam ciepły komin. Pomyślicie sobie "wow, no i...?". Zmarzluchem nie jestem, więc najprościej rzecz ujmując oznacza to, że powoli robi się chłodno. Wkrótce trzeba będzie wyciągnąć szaliki, rękawiczki i... zacząć dbać o narażoną na chłód skórę. 

W tej notce chciałabym poopowiadać troszkę o pielęgnacji ust, ponieważ to właśnie po nich w pierwszej kolejności widać, że skóra potrzebuje zmian w pielęgnacji. Latem wystarczy nam błyszczyk w ciągu dnia i lekki balsam na noc. Jesienią za to musimy już postawić na nieco treściwsze produkty.


IS CLINICAL - CLEANSING COMPLEX - LEKKI ŻEL SILNIE OCZYSZCZAJĄCY

30.9.14

IS CLINICAL - CLEANSING COMPLEX - LEKKI ŻEL SILNIE OCZYSZCZAJĄCY

Miała być recenzja maski do włosów, ale pisało mi się ją jak krew z nosa, toteż porzuciłam ten głupi koncept i postanowiłam poopowiadać Wam o moim najulubieńszym żelu do mycia twarzy jaki kiedykolwiek było mi dane używać, tj. Cleansing Complex marki iS Clinical. Pierwszy raz zetknęłam się z tym produktem (oraz w ogóle z marką) jeszcze w 2011 roku, kiedy to otrzymałam od nich testową paczuchę (klik). W żelu byłam/jestem zakochana do tego stopnia, że po drodze kupiłam jeszcze kolejne dwa opakowania (na szczęście marka dostępna jest na co-sezonowych targach LNE & spa w Krakowie).


L`OREAL - ELSEVE FIBRALOGY - MASKA POGRUBIAJĄCA STRUKTURĘ WŁOSA `EKSPANSJA GĘSTOŚCI`

4.8.14

L`OREAL - ELSEVE FIBRALOGY - MASKA POGRUBIAJĄCA STRUKTURĘ WŁOSA `EKSPANSJA GĘSTOŚCI`

Praktycznie odkąd pamiętam mam fizia na punkcie swoich włosów. Po pierwsze nie wyobrażam sobie wyjścia z domu z nieumytymi włosami (jak można brać poranny prysznic nie myjąc przy tym głowy?!). Po drugie zrobię wszystko, żeby moje włosy posiadały konkretną objętość. Z tego dwu-zdaniowego opisu możecie już wywnioskować, że jestem posiadaczką dużej ilości cienkich, delikatnych i podatnych na zniszczenia włosów. Cała seria Fibralogy Ekspansja Gęstości marki L'Oreal Paris powinna więc z założenia być dla moich włosów idealna.


Na początek przytoczę Wam króciutki opis znaleziony w internecie. Mam nieodparte wrażenie, że jest to klasyczna mowa-trawa, bo nie mam najmniejszego pojęcia co producent chce mi przekazać używając takich słów jak "filloxane", "multi połączenia", "efekt ekspansji gęstości"...

GARNIER - YOUTH RADIANCE 25+, CZYLI DUET KREMÓW PRZECIWZMARSZCZKOWYCH NA DZIEŃ I NA NOC

25.2.14

GARNIER - YOUTH RADIANCE 25+, CZYLI DUET KREMÓW PRZECIWZMARSZCZKOWYCH NA DZIEŃ I NA NOC

W pierwszym odruchu chciałam napisać dwie osobne recenzje, o kremie na dzień i kremie na noc. Jednakże zastanowiwszy się nad tym głębiej doszłam do wniosku, że kremy to nierozerwalny duet, który należy stosować łącznie, żeby uzyskać maksymalne efekty.

Seria Youth Radiance (czyli po prostu młodzieńczy blask) skierowana jest do osób powyżej 25 roku życia, u których zaczynają powstawać pierwsze oznaki starzenia się skóry w postaci delikatnych zmarszczek (najczęściej mimicznych). Warto zaznaczyć, że jak sama nazwa wskazuje kremy te są przeciwzmarszczkowe, co oznacza, że mają zapobiegać powstawaniu zmarszczek, a nie jak niektórzy myślą, niwelować już powstałe.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Roślinne komórki macierzyste poprawiają jakość bariery ochronnej skóry i przyspieszają odnowę naskórka. Ponadto wzmacniają połączenie skórno-naskórkowe oraz przeciwdziałają zmniejszaniu się ilości kolagenu, odpowiadającego za elastyczność skóry. Zastosowany w formule ekstrakt z kofeiny pomaga wzmacniać i pobudzać skórę. 
Stosowanie kremu wpływa na widoczne wygładzenie pierwszych zmarszczek i pomaga utrzymywać optymalny poziom nawilżenia skóry. Cera staje się rozświetlona i wygląda młodziej.

Zanim przejdę do samej recenzji chcę jeszcze zaznaczyć, że moja skóra jest raczej normalna, w stronę naczynkowej, ale z tendencją do przesuszania. Mogło by się wydawać, że z tego względu będzie szybciej się starzeć, ale (dzięki mamie) w genach mam zakodowane, że starzeje się wolniej niż u kobiet w moim wieku i dzięki temu licząc 27 wiosen nie mam jeszcze ani jednej zmarszczki. Oczywiście stosując kremy absolutnie nie nastawiłam się na efekt odmłodzonej skóry, a raczej na utrzymanie dobrego poziomu nawilżenia oraz blask, o którym wspomina producent. Czy kremy podołały temu stosunkowo prostemu zadaniu?


MOJA OPINIA - KREM NA DZIEŃ:
Jak zawsze zacznę od opakowania produktu, czyli w tym przypadku lekkiego plastikowego słoiczka w ładnym dla oka miętowym kolorze, jakże kojarzącym się z marką Garnier. Ja wiem, że wszelkiego rodzaju tworzywo sztuczne to ukłon w stronę klientki, ponieważ czyni produkt lekkim i znacznie tańszym, no ale co ja poradzę na to, że wolę ciężkie szklane słoiki, które ładnie prezentują się w łazience? Ewentualnie higieniczne tubki. Jednakże nie zamierzam odbierać słoikowi praktyczności - krem spadł mi na łazienkowe flizy i ostał się w jednym kawałku.

Kolejną sprawą, którą zawsze poruszam z recenzjach jest zapach. W przypadku kremów Youth Radiance różni się on w zależności od wersji - na dzień jest świeży, na noc zdecydowanie bardziej cytrusowy. Uwzględniając moje gusta jestem jak najbardziej na tak.


Konsystencja kremu na dzień jest lekka, co sprawia, że krem dobrze się wchłania. Stanowi całkiem dobrą bazę pod makijaż, ponieważ w widoczny sposób wygładza skórę. Wszelkiego rodzaju fluidy dobrze się na nim noszą.

Teraz najważniejsza kwestia, czyli działanie kremu. Nie będę się zbytnio rozpisywać, ponieważ mija się to z celem, powiem dość krótko - krem się nie spisał. Po pierwsze właściwości nawilżające kremu pozostawiają wiele do życzenia, mam wrażenie, że nawet przyczynił się do lekkiego przesuszenia skóry. Po drugie zauważyłam, że po około tygodniu stosowania kremy zaczęły mnie zapychać. No i niestety to przelało szalę goryczy i poszły w odstawkę.


MOJA OPINIA - KREM NA NOC:
Opakowanie identyczne jak w przypadku kremu na dzień, różni się jedynie kolorem napisu, żeby łatwo było odróżnić oba kremy leżące koło siebie. Podobnie z zapachem, z tą tylko różnicą, że ten jest odrobinę bardziej cytrusowy.

Konsystencja nocnej wersji kremu jest gęstsza, bardziej treściwa. Wpływa to oczywiście na wchłanialność kosmetyku i krem pozostawia cienki tzw. film. Mnie to zupełnie nie przeszkadza, zwłaszcza, że do tej pory moja pielęgnacja twarzy sprowadzała się do stosowania na noc mieszanki kwasu hialuronowego z olejem macadamia.

Wrażenia na temat działania kremu są dość podobne jak w przypadku kremu na dzień. Produkt nie zapewnił mi odpowiedniego poziomu nawilżenia skóry, rano po przebudzeniu nie dostrzegłam żadnego rozświetlenia, czy specjalnego odżywienia skóry. Możliwe, że wynika to z krótkiego okresu stosowania produktów (około 2 tygodnie), ale nie chciałam skórze dłużej fundować doznań.


PODSUMOWANIE:
Moja skóra mająca tendencję do przesuszania się, zwłaszcza w okresie zimowym zdecydowanie potrzebuje lepszego nawilżenia niż krem przeciwzmarszczkowy Garnier może jej zapewnić. Kolejną kwestią jest fakt, że kremy z czasem zaczęły mnie zapychać, a moja skóra naprawdę nie ma do tego predyspozycji. To ostatecznie utwierdziło mnie w tym, że kremy te po prostu nie są dla mnie.

Producent: Garnier
Pełna nazwa: krem na dzień Youth Radiance 25+ / krem na noc Youth Radiance 25+
Pojemność 50 ml / opakowanie
Cena: około 20 zł
Ocena: 3/10
XYLOGIC - INTENSYWNE SERUM WYBIELAJĄCE PRZEBARWIENIA [RECENZJA GOŚCINNA]

22.2.14

XYLOGIC - INTENSYWNE SERUM WYBIELAJĄCE PRZEBARWIENIA [RECENZJA GOŚCINNA]

Jakiś czas temu (czyt. bardzo dawno temu) dostałam do przetestowania wybielające serum marki Xylogic. Cena dość wysoka, jak na przeciętną kieszeń, więc tym bardziej miło było przetestować. Mimo, iż minęło już sporo czasu, doskonale pamiętam ten produkt, zarówno jeśli chodzi o stosowanie, jak i efekty które pozostawił.

OBIETNICE PRODUCENTA:
Właściwości: Intensywne serum wybielające przebarwienia XYLOGIC DEPIGMENTATION intensive whitening serum w widoczny sposób redukuje istniejące przebarwienia oraz zapobiega powstawaniu nowych. Dzięki synergii działania składników aktywnych serum rozjaśnia i rewitalizuje skórę, przywracając jej naturalny koloryt i blask. 
Efekty stosowania: Wyjątkowy kompleks depigmentujący zawarty w preparacie hamuje aktywność tyrozynazy, skutecznie rozjaśniając plamy barwnikowe. Zawarta w preparacie witamina C regeneruje skórę, rozjaśnia i ujednolica jej koloryt. Kwas fitowy delikatnie złuszcza martwe komórki naskórka zwiększając absorpcję innych składników aktywnych, ma działanie depigmentujące, a dodatkowo posiada właściwości przeciwrodnikowe. Podczas terapii preparatem XYLOGIC DEPIGMENTATION intensive whitening serum przebarwienia ulegają redukcji, a skóra odzyskuje jednolity koloryt. Dzięki właściwościom rewitalizującym serum przywraca skórze gładkość i witalność. 
Skład: Aqua, Ascorbic Acid, Glycerin, Alcohol, Phytic Acid, Ethoxydiglycol, Camellia Sinensis Extract, Vitis Vinifera Leaf Extract 
Sposób użycia: Stosować dwa razy dziennie całkowicie pokrywając leczone miejsca. Odczekać 20 minut przed nałożeniem kremu.

OPINIA PAULINY:
Moja opinia niespecjalnie różni się od obietnic producenta, które możecie przeczytać powyżej. Podczas stosowania serum, zarówno na noc, jak i na dzień pod makijaż, moja cera była nawilżona, wyraźnie wygładzona (zapewne za sprawą opisanego wyżej kwasu fitowego) oraz najważniejsze - rozjaśniona i to naprawdę widocznie rozjaśniona. Mam jasna karnację, z piegami, które każdego lata muszę traktować mocnymi filtrami, aby się zbytnio nie uwidoczniły. Mimo to i tak z początkiem jesieni stosuje kuracje wybielające i wiele różnych produktów miałam przyjemność, bądź nieprzyjemność stosować. Serum Xylogic to jeden z najlepszych produktów wybielających jakie stosowałam. Większość kremów mających rozjaśnić cerę wysusza, ściąga skórę lub jest tak tłusta, że nie nadaje się pod makijaż, a na noc przy cerze innej niż sucha po prostu zatyka wszystkie pory.

Podsumowując, nie ma co się rozpisywać, jak mawiają co tanio to drogo i jeśli poszukujecie dobrego produktu, który ma rozjaśnić waszą cerę, a przy okazji sprawić żeby promieniała to polecam spróbować.

Paulina

PS. Arletko dziękuje, to jeden z najlepszych produktów jakie miałam przyjemność przetestować. Wybacz, że tyle to trwało. Mam nadzieje, że producent nam wybaczy.
EOS (EVOLUTION OF SMOOTH) - PRZESTRZENNY BALSAM DO UST

18.2.14

EOS (EVOLUTION OF SMOOTH) - PRZESTRZENNY BALSAM DO UST

Ot, taka sytuacja - klasycznie, jak to w amerykańskich filach bywa, porywają mnie i mogę zabrać ze sobą tylko jeden kosmetyk. Co by to było? Bez dwóch zdań capnęłabym ze sobą balsam do ust. Jest to jeden z tych kosmetyków (zaraz koło szamponu i tuszu do rzęs), bez którego obejść się nie potrafię. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza mi się zapomnieć zabrać go z domu i wtedy wpadam w autentyczną panikę. No i w najbliższym sklepie kupuję nowy. Na dzień dzisiejszy moja "kosmetyczka" liczy około dwanaście sztuk balsamów do ust. Komentować nie musicie, też tak uważam.

Wyobraźcie sobie teraz mój wyraz twarzy, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z balsamem do ust EOS. Oczy jak spodki, palpitacja serca plus pot spływający po plecach. No przecież to okrągłe maleństwo jest śliczne jak szczeniaczek. Krążyłam wokół niego, krążyłam i wreszcie cap! Moje! Wybrałam wersję Honeysuckle & Honeydew, czyli Wiciokrzew i Melon Miodowy (a nie miód i melon jak co poniektórzy ignoranci tłumaczą).


OBIETNICE PRODUCENTA:
Evolution of Smooth to amerykańska firma, specjalizująca się w produktach ochronnych i leczniczych. Balsam do ust EOS zapewnia długotrwałe nawilżanie oraz widoczne wygładzenie. Jest bogaty w masło shea, olejek jojoba oraz witaminę E. Pozbawiony glutenu, parabenów, ftalenów oraz wazeliny. Balsam do ust EOS jest w 95% organiczny, w 100% naturalny. Pojemność balsamu to 7 g. Posiada zabawne, kuliste, nietuzinkowe opakowanie, dzięki czemu z łatwością znajdziemy je w torebce. Do wyboru mamy kilka wariantów: summer fruit, lemon drop spf 15, strawberry sorbet, honeysuckle & honeydew, medicated tangerine oraz sweet mint.

MOJA OPINIA:
Najciekawsze w tych balsamach jest oczywiście opakowanie, które kształtem przypomina spłaszczoną kuleczkę. Z jednej strony fajny gadżecik, ale z drugiej strony wepchać cholerstwo do kieszeni jest ciężko. A jak już nam się uda to nie wygląda najszczęśliwiej. Pal sześć jeszcze jak jesteś płci pięknej, ale jako mężczyzna (zwłaszcza w obcisłych spodniach) balsamu tego w kieszeni nosić stanowczo nie powinieneś.
Tak czy inaczej kształt wsadu jest bardzo praktyczny, ponieważ nie trzeba nigdzie wkładać paluchów, co czyni go bardzo higienicznym. Dla mnie opakowanie jak najbardziej na plus.


Mój egzemplarz balsamu pachnie i smakuje słodkim melonem. Zapach nie jest natarczywy, wyczuwalny w zasadzie tylko z opakowaniu i w czasie aplikacji. Z niczym się więc nie gryzie, w niczym nie przeszkadza. Za to przeciwieństwie do wszelakich Carmexów i pomadek Nivea balsam jest słodki w smaku. Od razu uprzedzam, że nie mam w zwyczaju zajadać się balsamami na obiad, ale wiadomo jak to w praktyce jest, zawsze coś tam się liźnie. Nie wiem jak smakują pozostałe wersje, moja zdecydowanie zalatuje miodem.

Kosmetyk ma zbitą i twardą konsystencję, nie można nazwać go masełkowym. Mnie to odpowiada z tego względu, że nie boję się, iż mi się gdzieś w kieszeni/torebce rozpuści i rozleje. Balsam nie zmienia swojej konsystencji nawet pod wpływem wyższych letnich temperatur. I bardzo dobrze, bo na zimowe warunki to on się nie nadaje.


Balsam owszem, nawilża i wygładza usta, ale ze spierzchniętymi i wysuszonymi od wiatru wargami już sobie nie poradzi. I dlatego uważam, że jest to raczej kosmetyk na okres wiosenno-letni, kiedy to o usta nie musimy jakoś szczególnie dbać. EOS dobrze radzi sobie na co dzień, pokrywa skórę delikatną warstewką, która niestety dość szybko znika. Jednak pomimo konieczności częstej aplikacji jest to kosmetyk stosunkowo wydajny.

Będąc w temacie wydajności warto jeszcze dodać, że w USA zapłacimy za niego około 3$, natomiast w Polsce jego ceny na allegro dochodzą czasem nawet do 40 zł. Bardzo przepraszam, ale chyba kogoś powaliło, żeby tyle sobie za niego krzyknąć. Absolutnie nie warto wydawać na niego takiej kasy, lepiej poproście ciotkę/kuzyna, żeby Wam przywiózł zza oceanu.

PODSUMOWANIE:
Osobiście z EOSa jestem zadowolona, zwłaszcza że jest to pierwszy balsam, którego smak mi nie przeszkadza. W okresie letnim sprawdza się na moich ustach idealnie, natomiast w zimie idzie w odstawkę na rzecz Carmexa. Kosmetyk zdecydowanie warty jest przetestowania, ale nie za cenę wyższą niż 25 zł. Fajny gadżet, dobrze się aplikuje, nieźle nawilża, a przy tym świetnie pachnie. Osobiście polecam.

Producent: Evolution of Smooth
Pełna nazwa: Organic Lip Balm Smooth Sphere
Testowana wersja: Honeysuckle & Honeydew
Pojemność: 7g
Cena: około 20 zł
Ocena: 7/10
L`OCCITANE - KREM DO RĄK 20% SHEA BUTTER

8.1.14

L`OCCITANE - KREM DO RĄK 20% SHEA BUTTER

Jak wiadomo krem do rąk 20% Shea Butter to flagowy produkt marki L'Occitane. Co prawda marka nie jest w Polsce jeszcze tak popularna jak za granicą, ale praktycznie każdy kto się z nią zetknął kojarzy charakterystyczną metaliczną tubkę kremu i zazwyczaj ma jakieś wyrobione na jego temat zdanie.

Osobiście słyszałam o nim bardzo dużo dobrego, ale jako że ze mnie krakus-centuś i każdy taki zakup muszę przemyśleć milion razy (oczywiście co innego nowa torebka!), tak za każdym razem żal mi było wydać tych 30 zł i w rezultacie nigdy się na niego nie skusiłam. Jednak z pomocą przyszło mi niezastąpione Glossybox i w jednym z pudełek znalazłam 10 ml miniaturę kremu do rąk (pojemność wręcz idealna do mojej wszystkozawierającej torebki).


OBIETNICE PRODUCENTA:
Silnie wygładzająca - bestsellerowa - kombinacja Masła Shea (20%) oraz wyciągów z miodu i słodkiego migdała, zmieszanych z lekkimi i wabiącymi aromatami jaśminu. Ten balsam o przyjemnej konsystencji łatwo rozchodzi się po skórze, pomagając w gojeniu i ochronie suchej oraz przesuszonej skóry. Obecność anty-oksydacyjnej witaminy E zapewnia odżywienie.
Sugerowana cena: 29,90 zł / 30 ml lub 90,00 zł / 150 ml.


MOJA OPINIA:
Po kremy do rąk sięgam przede wszystkim w okresie zimowym, gdy problem przesuszonej skóry moich dłoni daje mi ostro się we znaki. Do tego wiecznie włączona klimatyzacja w pracy i fobia czystych dłoni tylko to komplikują. Silnie nawilżający krem do rąk jest więc podstawowym kosmetykiem jaki w zimie muszę przy sobie mieć. Do tej pory wypróbowałam naprawdę dużo kosmetyków tego typu i ideału nadal nie znalazłam. Bardzo polubiłam się z silnie skoncentrowanym kremem Neutrogera oraz z Hemp Hand Protector marki The Body Shop, ale w dalszym ciągu to nie to. Z radością więc podeszłam do pomysłu przetestowania kremu L'Occitane.


Tubeczka, którą otrzymałam zawiera 10 ml kremu, co moim zdaniem jest pojemnością idealną do torebki, zwłaszcza jeśli kursujemy pomiędzy domem, a pracą i kremu potrzebujemy sporadycznie. O samym opakowaniu nic pisać nie będę, ponieważ jak wspomniałam wcześniej testuję jedynie miniaturkę, a standardowa pojemność prezentuje się nieco inaczej.

Dwie rzeczy absolutnie urzekły mnie z tym kremiku, mianowicie wchłanialność i zapach. Ta pierwsza jest o tyle ciekawa, że krem ma dość treściwą gęstą konsystencję i wydawało mi się, że raczej dobrze się wchłaniać nie będzie. Sporo kremów do rąk pomimo świetnych właściwości odżywczych zdyskwalifikowałam właśnie przez to, że zostawiały nieprzyjemny tłusty film na dłoniach. L'Occitane tutaj miażdży system, ponieważ do kompa możemy zasiąść od razu po wsmarowaniu kremu.

Zapach kremu jest oryginalny, nigdy wcześniej się z takim nie spotkałam. Wiem, że niektórym może przeszkadzać, szczególnie że jest długo wyczuwalny, ale mnie bardzo przypadł do gustu, więc stosowanie go jest czystą przyjemnością.


Do mniej przyjemnych rzeczy zdecydowanie możemy zaliczyć cenę kosmetyku, ponieważ za tubę 150 ml musimy zapłacić aż 90 zł. Wiem, że dla niektórych jest to cena nie do przeskoczenia za krem do rąk, zwłaszcza, że dla porównania Neutrogena kosztuje około 15 zł za 75 ml, a Isana z mocznikiem około 6 zł za 100 ml.

Oprócz ceny nie doszukałam się żadnych innych minusów. Krem świetnie nawilża nawet mocno przesuszoną skórę, wystarczy kilka aplikacji, żeby przywrócić sensowny poziom nawilżenia dłoni i zniwelować popękaną skórę. Do tego jest bardzo wydajny, wystarczy naprawdę niewielka jego ilość. Wisienką na torcie jest to, że efekt nawilżenia utrzymuje się bardzo długo, czuć go nawet po umyciu rąk.


PODSUMOWANIE:
No co tu dużo mówić - krem jest cholernie dobry i cholernie drogi. Jeśli nie żal Wam kasy na taki kosmetyk, śmiało mogę go polecić. Jeśli natomiast tak jak ja skąpicie na krem do rąk, nic innego jak pozostaje Wam szukać dalej.

Marka: L'Occitane
Pełna nazwa: Hand Cream 20% Shea Butter
Przeznaczenie: skóra sucha
Pojemność: 30 ml / 150 ml
Cena: 29,90 zł / 90,00 zł
Ocena: 8/10

Skład: Aqua/Water, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Dimethicone, Cetearyl Alcohol, Propylene Glycol, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Polyacrylamide, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Extract, Mel/Honey Extract, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Brassica Campestris (Rapeseed Sterols, C13-14 Isoparaffin, Ceteareth-33, Alcohol Denat., Althea Officinalis Root Extract, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Fruit Extract, Laureth-7, Cananga Odorata Flower Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Jasminum Officinale (Jasmine) Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Glycine Soja (Soybean) Oil, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Chlorphensin, Methylparaben.
NAWILŻAJĄCY KREM NATURALOE, CZYLI ZIMOWY ULUBIENIEC

28.11.12

NAWILŻAJĄCY KREM NATURALOE, CZYLI ZIMOWY ULUBIENIEC

Wczoraj, przy okazji pokazywania nowości, wspomniałam o kremie aloesowym, którego namiętnie używam od kilku tygodni (klik). Trafiłam na niego zupełnym przypadkiem, a że jestem ogromną fanką aloesu w każdej postaci szybko się zaprzyjaźniliśmy. Myślę, że jest to kosmetyk, który zagości u mnie już na stałe.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Formuła kremu składająca się z 30% czystego aloesu, witaminy E oraz wosku pszczelego, które wygładzają i odżywiają skórę, sprawiając, że staje się nawilżona i zdrowa.
Aloes przenika głęboko w głąb skóry. Związany z innymi elementami jak witamina E, pomaga w przejściu poprzez naskórek do skóry i aktywuje mikro cyrkulację krwi. Aloes przenika do skóry cztery razy bardziej niż woda. Krem Nawilżający Naturaloe uwalnia skórę od martwego naskórka. Dzięki działaniu enzymom proteolitycznym (enzymy, które hydrolizują proteiny), eliminuje martwy naskórek. Usuwanie naskórka jest bardzo ważne, w przeciwnym wypadku skóra traci elastyczność. Aloes jest wspaniałym regeneratorem naskórka. Zapewni i przyspiesza wzrost nowego naskórka, dzięki wielu elementom odżywczym jakie posiada.

SKŁAD:
Aloe Barbadensis Gel, Cetearyl Alcohol (and) ceteareth-20, Octyl dodecanol, Cetyl alcohol, Mineral oil, Beeswax, Dimethycone, Tocopheryl acetate, Diazolidinylurea and Iodopropynyl Butylcarbamate and Propyleneglycol, Fragance, Acrylamide and sodium acrylate copolymer (and) mineral oil (and) tridiceth-6, C.I. 19140, C.I. 42090.


MOJA OPINIA:
Skoro już na wstępie zdradziłam Wam, że mam do niego słabość, mogę spokojnie darować sobie budowanie zbędnego napięcia. Krem jest po prostu świetny. Począwszy od tego, że zawiera aż 30% czystego aloesu, który, jak każda z nas wie, ma zbawienny wpływ na naszą skórę, poprzez ogromne opakowanie zawierające aż 100 ml kosmetyku przy cenie zaledwie 30 zł za tubkę, zapach, idealną konsystencję, a na właściwościach kremu skończywszy.
Krem faktycznie bardzo dobrze nawilża moją skłonną do przesuszeń skórę (zwłaszcza w okresie zimowym), a przy tym świetnie się wchłania, praktycznie do matu. Zazwyczaj kremy mocno nawilżające zostawiają nam na skórze charakterystyczny film (ze względu na olejową bazę). W przypadku Naturaloe głównym składnikiem odpowiedzialnym za nawilżenie jest właśnie aloes, który wnika głęboko w skórę nie pozostawiając tłustej i lepiej warstwy (kto ma koty ten wie co znaczy sierść przyklejona do twarzy). Dodam jeszcze, że krem jak najbardziej nadaje się pod makijaż.


Zdecydowanym minusem kremu Naturaloe jest jego dostępność. Póki co widziałam go jedynie na allegro i w sklepie internetowym producenta (klik). Jednak biorąc pod uwagę fakt, że jest to produkt stosunkowo nowy na polskim rynku liczę tu na jakąś poprawę.

PODSUMOWANIE:
Podsumowując jestem z tego produktu bardzo zadowolona. Krem przyda się nam nie tylko w mroźne zimowe dni, ale również w te słoneczne letnie kiedy troszkę za mocno przygrzeje nam słońce. Myślę, że dobrze sprawdzi się u osób ze skórą wrażliwą i podatną na podrażnienia (muszę wcisnąć go mamie do przetestowania :D) oraz oczywiście suchą i przesuszoną jak moja.

Producent: Naturaloe
Pełna nazwa: krem nawilżający 30% aloes
Przeznaczenie: wszystkie rodzaje skóry
Pojemność: 100 ml
Cena: 29,00 zł
Ocena: 10/10
Copyright © vexgirl