wtorek, 18 czerwca 2013

O.P.I. MARIAH CAREY COLLECTION - THE IMPOSSIBLE

Nie ma to tamto piaski podbiły rynek paznokciowy. W zasadzie aktualnie każda szanująca się firma wypuściła lakier, bądź nawet lakiery o takim wykończeniu - od taniego Golden Rose, przez ostatnio moją ulubioną markę Zoya, a na starym dobrym O.P.I skończywszy. Recenzję odcienia Can't Let Go tejże marki możecie przeczytać tu, a dzisiaj zapraszam Was na swatch'e odcienia The Impossible, który w moim odczuciu jest najbrzydszym z całej czwórki.


Oprócz wszystkiego, co posiada odcień Can't Let Go, ten lakier zawiera jeszcze okropne ozdóbki w postaci świecących kropek i gwiazdek, które powodują, że mogę lakier określić tylko jednym słowem - infantylny. Nie wyobrażam sobie nosić go ani do szkoły, ani na uczelnię, czy nie daj Boże do biura. Jedynym miejscem jakie przychodzi mi na myśl jest, nie obrażając nikogo, wiejskie wesele w remizie strażackiej. No inaczej na tego paskudnika spojrzeć nie potrafię.


Oczywiście lakier, podobnie jak Can't Let Go dobrze wygląda już przy dwóch warstwach, tak samo szybko schnie, i tak samo dobrze się trzyma. A może nawet, o ironio, nieco lepiej.
Osobiście nigdy w życiu sama bym go nie kupiła, ale jeśli tylko wśród moich czytelników znajdzie się amator takich kolorów, brokatów i dyskoteki, szczerze polecam The Impossible, bo jest niezniszczalny.

ZALEGŁY HAUL KOSMETYCZNY

Dzisiaj chciałam Wam pokazać kilka kosmetyków, które zakupiłam, bądź dostałam na przełomie maja i czerwca. Część z nich testuję już jakiś czas, więc przy okazji podzielę się swoimi pierwszymi wrażeniami. Nie ma tego dużo, ponieważ po ostatnich targach (klik) i wyprzedaży w Marionnaud włączył mi się tryb oszczędzania.

Pierwsze zdjęcie pokazuje to co wyniosłam z krakowskiego salonu MAC po warsztatach MAC Technique (klik), które odbyły się 14 maja. Skusiłam się na podkład Studio Fix Fluid SPF 15 + pompkę, korektor Mineralize Concealer oraz rozświetlacz Mineralize Skinfinish w odcieniu Soft and Gentle, który pokochałam od pierwszego użycia i teraz nie wyobrażam sobie makijażu bez niego. Całe zakupy kosztowały mnie około 340 zł.


Kolejne kosmetyki to zestaw do stóp Sorbet z papai marki Avon, który skusił mnie głównie swoją ceną oscylującą w okolicach 20 zł. W skład zestawu wchodzi chłodzący balsam do stóp, peeling do stóp i chłodzący spray do stóp.


Z katalogu skusiłam się jeszcze na dwie maseczki Planet Spa, które również miały bardzo kuszące ceny. Pierwsza maseczka to Tajski kwiat lotosu, czyli maska głęboko oczyszczająca pory, do której po testach podchodzę bez większego entuzjazmu, natomiast druga to Chiński żeń - szeń, czyli maseczka rewitalizująca, która podbiła moje serducho. Na pewno wkrótce napiszę o niej recenzję. Ostatni kosmetyk to tzw. oczyszczające plastry w żelu - bardzo ciekawy kosmetyk, okazał się całkiem skuteczny.


Z okazji otwarcia nowego stoiska Organique w Krakowie (Galeria Kazimierz) otrzymałam do przetestowania dwa kosmetyki - osławiony Peeling Enzymatyczny oraz bardzo dobrze mi już znaną Glinkę Ghassoul. Postaram się o recenzje obu produktów do końca przyszłego tygodnia.


Ostatnia paczka to dwa śliczne lakiery, które otrzymałam od Rimmel Polska. Nie mogłam się powstrzymać i od razu wymyziałam próbnik. W rzeczywistości róż jest trochę bardziej łososiowy, ale brudny fiolet jest tak samo brudny, zdjęcie ładnie oddaje kolor.


Póki co to tyle, kolejny haul obejmujący zakupy Marionnaud i ostatnie paczki już niedługo.

piątek, 14 czerwca 2013

PUDEŁKO GLOSSYBOX - EDYCJA CZERWIEC 2013

Czerwcowe pudełko zatytułowane Powiew lata przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Z ręką na sercu muszę Wam powiedzieć, że jest to najlepsze pudełko, jakie kiedykolwiek otrzymałam. I nie tylko ja pieję z zachwytu, ale wraz ze mną cała urodowa blogosfera.


Z tego co się orientuję tym razem pojawiły się dwa warianty pudełka, różniące się tylko jednym pełnowymiarowym produktem. W pierwszym wariancie znajdziemy cień do powiek Make-up Studio, natomiast w drugim balsam do ust Coco Rose marki Figs&Rouge. Oprócz tego każde pudełko zawiera suchy szampon Batiste o zapachu Tropical, olejek rozświetlający Pat&Rub (pisała o nim swego czasu Angel), czarną kredkę do oczu 2w1 Jelly Pong Pong, pojedynczy cień Make-up Studio oraz profesjonalną zalotkę.


Oprócz wspomnianych wyżej produktów wszyscy klienci VIP (osoby, które wykupiły półroczną subskrypcję pudełek) otrzymali maszynkę do golenia Pro Skin marki Gilette Venus. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj myślałam o zakupie nowej maszynki na lato ;)


Jak się Wam podoba czerwcowy Glossybox? Który produkt najbardziej Was zaciekawił?

YVES ROCHER - MONOI DE TAHITI / MONOI L'EAU DES VAHINÉS EDT

Recenzja letniego zapachu Monoi de Tahiti marki Yves Rocher rozpoczyna serię kilkunastu recenzji kosmetyków skupiających się wyłącznie na asortymencie tejże marki. Słowem wstępu chciałam nadmienić, iż po raz pierwszy z produktami Yves Rocher zetknęłam się bardzo dawno temu, jednak nie było między nami żadnego przyciągania. Możliwe, że ze względu na ceny, które - nie ma co ukrywać - do najniższych nie należą. Od tego czasu wiele się zmieniło, między innymi moja sytuacja zawodowa i finansowa i tym samym na kosmetyki Yves Rocher spojrzałam przychylniejszym okiem. Po kolejnym przetestowanym produkcie z którego byłam bardzo zadowolona w końcu przepadłam zupełnie. Zapraszam na recenzję wody toaletowej pachnącej egzotycznymi wakacjami.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Woda toaletowa Monoi to zapach wakacji, rozgrzanego słońcem piasku, kąpieli w morzu. Niepowtarzalny zapach taitańskich nut przeniesie Cię pod palmy kokosowe, na biały piasek pod lazurowym niebem. Zapach egzotycznych kwiatów monoï, gardenii i wanilii.
Składniki pochodzenia roślinnego to olej kokosowy oraz ekstrakt z kwiatów gardenii. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Bez parabenów i sztucznych barwników.


MOJA OPINIA:
Ten sezonowy zapach Yves Rocher możemy spotkać pod różnymi postaciami - raz opakowany w plastikowy atomizerek i opatrzony nazwą Monoi de Tahiti, innym razem w szklanej butelce jako woda toaletowa o nazwie Monoi L'Eau des Vahinés. Jednak zawsze jest to ten sam zapach, który mnie kojarzy się z wilgotnym piaskiem, słońcem i palmami kokosowymi, czyli kadr wyjęty prosto z reklamy batona Bounty (miałam okazję odwiedzić tą plażę będąc w zeszłym roku na wakacjach na Majorce - cud, miód i orzeszki).

Szklana butelka o prostym kształcie zawiera 100 ml wody. Wiem, że dla jednych może to być plus - stabilna, bez zbędnych udziwnień i kosmicznych dozowników, a dla innych minus - nudno, bez polotu i wstyd wyjąć z torebki. Jako zwolenniczka prostoty wyznaję zasadę "im mniej, tym lepiej", więc opakowanie jak najbardziej przypadło mi do gustu. Atomizer sprawdza się bardzo dobrze - psika ładną mgiełką, a nie strumieniem, nie zatyka się i nie zacina.


Przechodząc do sedna naszej recenzji, czyli do samego zapachu i jego trwałości - bez dwóch zdań woda toaletowa nadaje się do używania tylko w okresie letnim. Jest słodka, świeża, nuty kokosowe są bardzo wyczuwalne, nie wyobrażam więc sobie używania jej w innym okresie. Jednocześnie jest to wręcz wymarzony zapach na wakacje, perfekcyjnie komponujący się z letnimi sukienkami, czy stylowym bikini. Monoi jest prosty, nie ma żadnego ogona i trzyma się blisko skóry, co sprawia że nie jest męczący dla otoczenia. Niestety dla mnie okazał się za słodki, zbyt intensywny, za to bardzo przypadł do gustu mojej przyjaciółce.

Trwałość jak na edt bardzo dobra, na mojej skórze trzyma się około 6-8 godzin, ale zaznaczam, że jest to sprawa bardzo indywidualna i zależy głównie od rodzaju naszej skóry.


Podsumowując uważam, że zapach warty jest wypróbowania, zwłaszcza że jego cena nie jest bardzo wygórowana - standardowo 100 ml kosztuje 115 zł, ale często można kupić go w cenie promocyjnej. Więcej informacji możecie znaleźć tu.

Producent: Yves Rocher
Pełna nazwa: Monoi de Tahiti / Monoi L'Eau des Vahinés EDT
Trwałość: około 6-8 h
Pojemność: 100 ml
Cena: 115 zł
Ocena: 7/10

środa, 12 czerwca 2013

FENNEL - BODY BUTTER WILD ORCHID

Na zewnątrz powolutku coraz cieplej, najwyższa więc pora przerzucić się z cięższej zimowo-wiosennej pielęgnacji na nieco lżejszą, typowo letnią. Robiąc w weekend porządek w łazience, natknęłam się na odżywcze masło do ciała marki Fennel, które już dawno powinno się było dorobić na blogu recenzji.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Masło do Ciała Dzika Orchidea to niezwykle intensywnie odżywczy balsam do ciała. Kojące i nawilżające właściwości dzikiej orchidei, uważanej za symbol młodości, zmiękczają i ujędrniają skórę, czynią ją gładką i nawilżoną. Aromaterapeutyczny, świeży kwiatowy zapach pozostanie na skórze przez długi czas.

SKŁAD:
Deionized Water, Sodium Polyaceylate, Glyceryl Stearate (and) PEG-100 Stearate, Beeswax, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii, Mineral Oli, Isopropyl Myristate, Glycerin, Tocopheryl Acetate, Cyclomethicone, Preserwaite, Fragrance, C.I 45100, C.I. 42090


MOJA OPINIA:
Zacznę od tego, że jeśli chodzi o stosowanie balsamu do ciała to jestem straszny leń i robię to zdecydowanie rzadziej niż powinnam. Moja skóra na całym ciele jest normalna jedynie z tendencją do przesuszeń i to chyba stąd wynika moje lenistwo - po prostu nie muszę się codzienne balsamować, nie czuję żadnego ściągnięcia, pieczenia, czy jakiegokolwiek dyskomfortu. Wszelkie nawilżające produkty do ciała stosuję więc sporadycznie, co 3-4 dni.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że masło Fennel z założenia miało swoim wyglądem przypominać kultowe masła The Body Shop - opakowanie ma bardzo zbliżony kształt, identyczne ułożenie i estetyka naklejek. Bardzo nie lubię wszelkich form kopiarstwa, więc już na dzień dobry do masła się zraziłam.


Na szczęście później było już tylko lepiej. Po otwarciu opakowania okazało się, że zapach Dzikiej Orchidei jest przyjemny i naturalny. Do tego utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, ale nie jest drażniący dla otoczenia i zabija zapachu naszych perfum.

Konsystencja masła wbrew temu co sugeruje nazwa i opis jest lekka i jedwabista. Balsam szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Poziom nawilżenia dla mojej skóry jest zupełnie wystarczający, jednak dla osób borykającym się z problemami skóry suchej będzie za słaby. Nie rozumiem więc skąd stwierdzenie „intensywnie odżywczy”, co w połączeniu ze słowem „masło” mnie osobiście daje obraz ciężkiego, wręcz natłuszczającego produktu. Nic bardziej mylnego! Balsam jest lekki, świetnie sprawdzi się na wiosnę i nawet na lato, zwłaszcza ze względu na zapach.

Największym minusem kosmetyku jest jego cena, który wynosi około 30 zł za 200 ml. Uważam, że już za 1/3 tej ceny możemy kupić w drogerii produkt o zbliżonych właściwościach. Czy warto więc wydać na niego taką kwotę? Moim zdaniem tak, ale pod warunkiem że jesteśmy fanatyczkami zapachu. Dla samych właściwości moim zdaniem nie.

Masła (w różnych wersjach zapachowych) możecie kupić na stronie sklepu BeautyFlo.

Marka: Fennel
Pełna nazwa: Body Butter Wild Orchid
Przeznaczenie: cera normalna / sucha
Pojemność: 200 ml
Cena: 30 zł
Ocena: 4/10

poniedziałek, 10 czerwca 2013

PUDEŁKO GLOSSYBOX - EDYCJA STYCZEŃ 2013

Wiem, wiem, otchłań piekielna powinna mnie pochłonąć za to, że nie mam ostatnio czasu na pisanie bloga, a jeśli już nawet znajdę czas to nie mam weny. Korzystając z tego, że mam dostęp do kompa i chwilę dla siebie odgrzebałam stare notki i próbuję coś sklecić. Dzisiaj więc mam dla Was bardzo zaległą notkę dotyczącą pudełka Glossybox, które przyszło do mnie (o matko, jak ten czas leci) w styczniu tego roku. Wiem, naprawdę wiem, że mamy czerwiec.


Ta edycja pudełka zawierała akurat 2 produkty pełnowymiarowe, 3 produkty w wersji mini oraz jeden prezent od ekipy Glossybox. Bardzo podoba mi się inicjatywa gratisów, zawsze miło coś dostać, nawet jeśli są to papierki do muffinków, czy gumki do włosów.

Pierwszy pełnowymiarowy produkt to krem do skóry odwodnionej i przesuszonej MediExpert marki Siquens o pojemności 30 ml. Koszt takiego kremu to około 30 zł. Wiem, że oprócz wersji, którą otrzymałam ja, w pudełkach można też było znaleźć krem przeciwko niedoskonałościom oraz serum liftingujące.


Drugim pełnowymiarowym produktem, który otrzymałam w styczniowym pudełku był róż Kryolan dla Glossybox w odcieniu Glossy Pink. Róż ma gramaturę 2,5 g i rzekomo warty jest około 50 zł. Fakt, że jest świetnie napigmentowany, jak to na róże Kryolan przystało, ale wydaje mi się, że cena jest trochę przesadzona.


Trzecim produktem, tym razem już w wersji mini, a raczej mikro jest maseczka do pielęgnacji końcowej BC Pol Miracle marki Schwarzkopf z linii profesjonalnej. Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 100 ml kosmetyki, natomiast ja otrzymałam szalone 5 ml. Produkt pełnowartościowy kosztuje około 90 zł.


Kolejne dwa produkty to żel pod prysznic i balsam do ciała Innamorata marki Blumarine. Przyznam szczerze, że do tej pory nie spotkałam się z kosmetykami tej firmy, nawet w tych droższych perfumeriach patrząc na ceny tych kosmetyków (żel 130 zł/200 ml, balsam 150 zł/200 ml).


Oba produkty dałam mamie na wyjazd do sanatorium, więc może uda mi się wyciągnąć od niej jakaś minirecenzję, zwłaszcza że chwaliła mi je przez telefon ;)


Jako gratis otrzymałam maseczkę do spania. Jeszcze nie wiem jak ją wykorzystam, bo samolotem latam tylko na wakacje i z powrotem, ale znając mnie to coś wymyślę.


Podsumowując jak dla mnie pudełko "dupy nie urywa", jak to mawia dzisiejsza młodzież. Zdecydowaną perełką styczniowego Glossybox'a jest róż Kryolan, który na stałe zagościł w mojej kosmetyczce ze względu na matowe wykończenie i oczywiście śliczny kolor.