środa, 15 marca 2017

MIESIĄC W AZJI (SINGAPUR, FILIPINY I INDONEZJA), CZYLI WAKACJE MOJEGO ŻYCIA

Gdyby ktoś jeszcze rok temu powiedział mi, że wakacje 2016 spędzę w Azji, popukałabym się po głowie. Owszem, kocham podróżować i staram się robić to jak najczęściej, ale nie oszukujmy się, póki co była to wyłącznie rodzima Europa. Wspominając więc w sierpniowej wishliście 2016, że chcę wakacji w miejscu gdzie są palmy, miałam na myśli raczej jakąś Grecję lub ewentualnie Portugalię (tam mnie jeszcze nie było!)... Życie jednak lubi zaskakiwać, więc na początku października 2016 spontanicznie wyjechałam na blisko miesiąc do Azji.


Moja podróż zaczęła się 5 października o godzinie 18:30, kiedy to wystartował mój pierwszy samolot na trasie Kraków-Frankfurt. Podróż na takim odcinku zajmuje średnio około półtorej godziny i tym samym o 20:10 byłam już na dobrze mi znanym lotnisku we Frankfurcie, czekając na moja przesiadkę. Samolot, którym leciałam na trasie Frankfurt-Singapur, to wypasiony dwupoziomowy i szerokokadłubowy czterosilnikowy Airbus A380, który jest w stanie pomieścić na pokładzie około 800 osób. Wierzcie mi, na żywo robi jeszcze większe wrażenie niż na zdjęciach. Osobiście opadła mi szczęka.

Lot do Singapuru rozpoczynał się o 21:55, natomiast na miejscu wylądowałam o 16:20 czasu lokalnego, czyli leciałam w sumie 12 godzin 25 minut. Cała podróż, razem z przesiadką zajęła mi więc łącznie 15 godzin 50 minut. Trasa powrotna wyglądała podobnie, z tym że przesiadkę miałam w Zurychu.


Mój organizm przyzwyczajony do październikowej pogody w Polsce oraz do klimatyzacji na lotnisku i w samolotach, doznał swoistego szoku po wyjściu z lotnisku w Singapurze. Pomimo zachmurzonego nieba i braku słońca duszność, upał i wysoka wilgotność w pierwszych minutach wydają się nie do zniesienia. W moim przypadku aklimatyzacja zajęła mi 2 dni.


W Singapurze spędziłam w sumie 3 dni i muszę przyznać, że zupełnie mnie nie zachwycił. Po pierwsze Singapur jest miastem-państwem tak nowym (niepodległość od 1965 roku), że praktycznie nie ma swojego dorobku kulturowego oraz swojej architektury. Wszystko jest nowoczesne, błyszczące i takie bez wyrazu.
Po drugie ludzie są bardzo zamknięci i cały czas siedzą z nosami w telefonach. Nawet spotykając się ze sobą w pubie praktycznie ze sobą nie rozmawiają, jedynie klepią na swoich smartfonach. Ich życie ogranicza się do pracy po około 12-14 godzin dziennie i do takich właśnie wieczorów w pubach.
Po trzecie ceny wszystkiego są wręcz kosmiczne - za małe piwo w knajpie trzeba zapłacić minimum 15$.


Najpopularniejszym obiektem do zobaczenia w Singapurze jest Marina Bay Sands, czyli kompleks hoteli, kasyna i restauracji, złożony z trzech wieżowców złączonych jednym dachem, na którym wybudowano 150-metrowy przeszklony basen. Oprócz tego warto przejść się wzdłuż promenady i zaglądnąć do ogrodów botanicznych.

Po zwiedzaniu najważniejszych punktów programu, postanowiliśmy uderzyć do centrum i napić się piwa. Jakież było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że wylądowaliśmy na... Oktoberfest. Tego było dla nas za wiele i jeszcze tego samego wieczoru podjęliśmy decyzję, że lecimy dalej, czyli na Filipiny. 


Następnego ranka spakowaliśmy nasze bagaże i z ulgą zostawiliśmy Singapur za sobą. Wylądowaliśmy w mieście Manila, czyli w stolicy Filipin. Zetknięcie się z taką biedą, brudem i smrodem na zawsze odbija piętno w naszej psychice, zwłaszcza gdy widzi się to kilkadziesiąt minut po oglądaniu singapurskiego przepychu. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ilości ludzi na jednym metrze kwadratowym (Republika Filipin liczy ponad 100 mln mieszkańców i zajmuje 12. miejsce na świecie pod względem liczby ludności), ludzi śpiących na brudnych ulicach i jedzących z zardzewiałych garnków. Jednocześnie jestem wdzięczna, że mogłam to zobaczyć i wierzcie mi, że już nigdy więcej nie powiem, że nie mam pieniędzy.


Filipińczycy to bardzo przyjaźni i serdeczni ludzie. Chętnie rozmawiają, zawsze z uśmiechem na twarzy. Co ciekawe ponad 80% filipińczyków to katolicy.

Poruszanie się po Manili nie było rzeczą ani łatwą, ani przyjemną. Idąc na piechotę trzeba uważać na wszechobecne jeepneye, skutery i riksze, ponieważ te kompletnie nie zwracają uwagi na przechodniów. Wsiadając natomiast do uberów trzeba liczyć się z tym, że pokonywanie odległości 2 km zajmie wam jakieś półtorej godziny. My najczęściej wybieraliśmy jednak ubery ze wględu na bezpieczeństwo i klimatyzację.


Jedzenie na Filipinach jest tanie jak przysłowiowy barszcz. Oczywiście najpopularniejsze są tam owoce morza, ryby, ryż oraz jajka. W stolicy za porządny i smaczny dwudaniowy obiad z drinkiem (w naprawdę przyzwoitej restauracji polecanej przez TripAdvisor) zapłacicie około 15-20 zł.


I wiecie za czym chyba tęsknię najbardziej? Za zajadaniem się miąższem z pysznego świeżego kokosa, zawsze podanym z rurką i łyżeczką. Nigdzie nie są tak przepyszne...


W Manili spędziliśmy w sumie 3 dni i postanowiliśmy, że uderzamy dalej. Następnym punktem naszego programu było kolejne duże miasto Filipin, czyli Cebu. Zanim jednak wsiedliśmy do samolotu ja uwidziałam sobie, że chcę wina. Poszliśmy więc do przyhotelowego sklepu 24h i pierwsze wino jakie wpadło mi w ręce to było Carlo Rossi z polską etykietką. Najpierw Oktoberfest, a teraz polskie wino...


Cebu w zasadzie było tylko punktem przesiadkowym, gdzie spędziliśmy jedną noc. Porównując do Manili, Cebu jest mniej zaludnione, trochę czystsze, a ruch uliczny mniej kłopotliwy. Miałam też wrażenie, że w Cebu znajduje się dużo więcej zakładów produkcyjnych, a handel lepiej funkcjonuje.


To właśnie w Cebu poszliśmy na śniadanie do najbardziej urokliwej piekarnio-kawiarni...


...i zjadłam najlepsze owoce morza w moim życiu. A wierzcie mi, że próbowałam wielu, z najróżniejszych zakątków. Przebili nawet jedną z najsłynniejszych na świecie restauracji podających owoce morza, czyli Belforte we włoskiej miejscowości Vernazza.


Jak wspominałam wcześniej, Cebu było tylko przystankiem, więc następnego ranka promem popłynęliśmy na filipińską wyspę Bohol. Muszę przyznać, że blisko dwugodzinna podróż promem w tamtych okolicach to niesamowite przeżycie. Mijając wysepki, widząc puste piaszczyste plaże ma się ochotę wyskoczyć i podpłynąć nawet wpław.


Niestety pogoda na Bohol nas nie rozpieszczała. Już płynąć wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać, ale widząc takie chmury i deszcz trochę miny nam rzedły. Na szczęście z cukru nie jestem, a porządną przeciwdeszczówkę miałam ze sobą. W końcu wybrałam się do Azji w porze deszczowej, więc teoretycznie sama sobie byłam winna.


Kto mnie zna, ten wie że uwielbiam krewetki. Przed przyjazdem zastanawiałam się czy jest taka granica, kiedy się nimi przejem. I co? Przez prawie miesiąc jadłam je codziennie i mogłabym dalej. Zjadłam je chyba pod każdą możliwą postacią i było mi mało.


Przez 4 dni, które spędziliśmy na Bohol udało nam się załapać jedynie na kilka godzin bez deszczu. Poświęciliśmy je więc na zwiedzanie Czekoladowych Wzgórz, które są chyba najsłynniejszą atrakcją wyspy. Czekoladowe Wzgórza to nic innego jak to pasmo wapiennych wybrzuszeń, które rozciągają się na powierzchni 50 km2 wyspy. Ich standardowa wysokość to około 30 do 50 metrów, ale zdarzają się wzniesienia sięgające również powyżej 100 metrów.


Mówi się, że wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO Czekoladowe Wzgórza to jeden z najbardziej charakterystycznych i unikatowych krajobrazów na całej naszej planecie. Nigdzie nie zobaczymy czegoś podobnego. Ich nazwa powstała w związku z brązowym kolorem, którym mieni się porastająca je szorstka trawa. Efekt ten można dostrzec wyłącznie podczas pory suchej, czyli pomiędzy grudniem i majem. Jako, że ja byłam w październiku mogłam je podziwiać wyłącznie w kolorze zielonym. 


Nie zmienia to faktu, że krajobraz widoczny z punktu widokowego zapiera dech w piersiach. Właśnie tutaj postanowiłam sobie, że muszę tam wrócić w porze suchej.


Chowanie się przed ulewnymi deszczami stało się w pewnym momencie dla nas strasznie uciążliwe, zwłaszcza, że wszystkie interesujące nas aktywności, jak surfing, snorkeling, czy nurkowanie z rekinami wielorybimi nie były możliwe.


Zapadła więc kolejna decyzja, że przenosimy się jeszcze gdzie indziej. Z przewodnikiem w ręce próbowaliśmy znaleźć najlepsze dla nas rozwiązanie i niestety ucieczka z Filipin wydawała się tym najlepszym...


Poszliśmy na ostatni spacer i znaleźliśmy schowaną głęboko dziką plażę, a na niej mieszkającą pod palmami czteroosobową rodzinę. Poczęstowali nas swoją kolacją, czyli wyłowionymi z morza jadalnymi jeżowcami. W pierwszym odruchu pomyślałam sobie, że to surowe mięso wydłubane prosto ze skorupki, ale po chwili stwierdziłam "a co mi tam". I co? To jest naprawdę smaczne!



Poniżej zdjęcie jednej z przyhotelowych restauracji. Muszę przyznać, że jedzenie posiłku w takich warunkach, czując wiatr, zapach wody, ciepło to odczucia nie do opisania, nawet jak bardzo bym się starała.


Tak wyglądał ogród przy domku, w którym mieszkaliśmy. Kawa w takiej oprawie to jedno z najlepszych rzeczy jakie może się w życiu przytrafić.



4 dni spędzone na wyspie Bohol, mimo pogody były naprawdę cudowne, jednak nam było mało. Chcieliśmy słońca, plaży i atrakcji turystycznych jak na europejczyków przystało. Wróciliśmy więc do Manili i stamtąd mieliśmy lecieć na Bali. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie kiedy okazało się, że nadciąga tajfun i usłyszeliśmy komunikat, że wszystkie loty tego dnia zostaną odwołane, myślałam że się rozpłaczę. Całe szczęście koniec końców jedyny lot - właśnie ten nasz, nie został odwołany...


...i po kilku godzinach meldowaliśmy się już w hotelu na wyspie Bali w Indonezji.




Bali jest zdecydowanie miejscem bardziej turystycznym. Już na lotnisku widzieliśmy i rozmawialiśmy z mnóstwem turystów z Francji, Austrii, Szwajcarii, Australii, czy Nowej Zelandii. Wszyscy przyjeżdżają tutaj głównie po to, żeby uprawiać bardzo popularny na wyspie surfing. Tyle ile ja się napatrzyłam na pięknych blond opalonych surferów to moje.



Czas spędzaliśmy na wylegiwaniu się na pięknych plażach, surfowaniu i oczywiście jedzeniu pyszności.









Tutaj w tle możecie zobaczyć cały czas aktywne wulkany. Niestety nie mieliśmy okazji zobaczyć ich z bliska, ponieważ naszym jedynym środkiem transportu na wyspie był skuter. Można go tam wynająć praktycznie na każdym kroku, a koszt wynajęcia to około 15 zł dziennie.


No i oczywiście wszędzie widoczne pola ryżowe!


Rdzenni mieszkańcy wyspy są podobnie jak filipińczycy ludźmi bardzo otwartymi, rozmownymi, chętnymi do pomocy i oczywiście uśmiechniętymi. Po powrocie nie mogłam się przez dość długi czas przyzwyczaić do Polaków i ich podejścia do życia. Chyba to właśnie najbardziej przeszkadza mi i sprawia, że nie do końca chcę spędzić tutaj życie.


Na koniec kilka zdjęć z Bali Safari & Marine Park, które gorąco polecam odwiedzić, jeśli tylko nadarzy się wam okazja.






Moje wakacje trwały do 25 października, czyli 3 tygodnie. Zobaczyłam w tym czasie tyle miejsc, kultur, rozmawiałam z tak wieloma ludźmi o najróżniejszych poglądach, wywodzących się w różnych światów, tak wiele się nauczyłam i tak wiele doświadczyłam. Naprawdę, nic w życiu nie zapewni nam takiego doświadczenia jak podróżowanie. Dlatego pozwolę sobie przytoczyć tutaj jeden bardzo bliski mi cytat:

I'd rather have a passport full of stamps, than a house full of stuff.


Na szczęście mam do kogo wracać ♥♥♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz