piątek, 3 marca 2017

KOLEJNY PIĘKNY, NIKOMU NIEPOTRZEBNY PLANNER

Moda na planowanie wszystkiego opanowała internet. Co rusz czytam na blogach o kolejnych pomysłach na organizację czasu, co chwilę ktoś próbuje mnie przekonać, że w każdej sekundzie mojego życia muszę być produktywna, bo inaczej czeka mnie śmierć na kanapie przed telewizorem i, co najważniejsze, koniecznie muszę posiadać planner. I nie, nie wolno mi mieć kalendarza, tylko koniecznie musi to być PLANNER. Zrobiłam więc rekonesans, jak na porządnego blogera przystało i wiecie co? Chyba was wszystkich pojebało.



Papierowy kalendarz noszę przy sobie w torebce mniej więcej odkąd skończyłam liceum, czyli zanim ktokolwiek słyszał o opcji synchronizacji Google Calendar na wszystkich urządzeniach przenośnych. Zapisuję w nim ważne dla mnie daty, np. urodzin moich bliskich (z pomysłami na prezenty), zaplanowane wizyty u dentysty, czy fryzjera oraz poczyniam drobne notatki związane z życiem codziennym, takie jak spisanie listy zakupów. Czasem zdarzy mi się też wpisać jakiś motywujący cytat z książki, którą aktualnie czytam. Oprócz tego kalendarz musi być dla mnie schludny i przejrzysty. Widząc natomiast instagramowe zdjęcia bogato zdobionych, zarysowanych zakreślaczami plannerów ogarnia mnie co najmniej wewnętrzny niepokój - czy wy tam planujecie strategię odparcia apokalipsy zombie? Wykresy, strzałki, tasiemki, zakładki indeksujące, karteczki post-it, komplet 24 kolorowych pisaków i koniecznie zakreślacze fluorescencyjne. Najlepiej 6-pak. Ja naprawdę nie przesadzam - klik.


Niepokój przerodził się w przerażenie, gdy na jednym z blogów przeczytałam wpis, o tym że dziewczyna nareszcie znalazła trochę czasu na to, żeby w spokoju posiedzieć nad plannerem. I nie mówię tu o piętnastominutowym zaplanowaniu sobie tygodnia, a raczej o tym, że młoda matka, mająca na głowie małe dziecko, gotowanie obiadów dla wszystkich członków rodziny i szeroko pojęte prowadzenie domu, siada na kilka godzin i planuje, zamiast sięgnąć po dobrą książkę, czy się po prostu wreszcie wyspać. No nie mówicie, że nie brzmi to dziwnie.


I tutaj nasunęła mi się refleksja - czy przypadkiem w tym amoku produktywności, planowania i organizacji wszystkiego (nawet kolorystyki ręczników w łazience) życie nie ucieka nam między palcami? I czy tak skrupulatnie planując wszystko jesteśmy w stanie zaakceptować to, że nie wszystko da się w życiu zaplanować. Czy to nie będzie dla nas swego rodzaju przytłaczającą porażką?


We wszystkim co robimy trzeba znaleźć równowagę. Odrobina chaosu jeszcze nigdy nikogo nie zabiła, więc pozwólmy sobie na ciut luzu i bałaganu wokół. Może okaże się, że nareszcie mamy czas, żeby odpocząć? Oglądnąć serial? Wyjść na spacer z psem, który siedzi koło nas z zabawką w pysku? A może zaowocuje to kreatywnością, która często wychodzi jednak poza ramy planowania?


I tego wszystkim wam dzisiaj życzę - wrzućcie trochę na luz. Wiosna idzie, wszystko wokół rozkwita. Nie przegapcie tego! A wpis potraktujcie  z przymrużeniem oka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz