niedziela, 11 września 2016

JAK CZASEM NIEWIELE TRZEBA...

Marysię poznałam w pierwszej klasie podstawówki. Pamiętam doskonale, że moją uwagę zwróciła już w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, kiedy to przemknęła do auli zaraz przed moim nosem. Jako niespełna siedmioletnie dziecko niewiele wiedziałam o poczuciu piękna, ale Marysię sobie zapamiętałam jako zjawiskową. 

Otóż Marysia była drobną blondynką o eterycznej wręcz urodzie, z okrąglutką buzią i wielkimi niebieskimi oczkami. Natomiast to, co rzucało się w oczy najbardziej, to wystające zza luźno puszczonych długich blond włosów uszy. Nie przesadzając, kąt nachylenia tychże uszu w stosunku do głowy wynosił jak nic 80 stopni. Patrząc na Marysię miało się wrażenie, że stoi przed tobą ładniejsza wersja tych słodkich trolli z lat 90-tych. Osobiście uważałam wtedy Marysię za najładniejszą dziewczynę w szkole, ale moje poczucie estetyki od zawsze było nieco spaczone. Oczywiście Marysia była zgoła odmiennego zdania i przez bite 6 lat podstawówki wymyślała coraz to dziwniejsze fryzury, żeby tylko zakryć to co uważała za swój największy mankament. Praktycznie natychmiastowo, patrząc na nią, można było zauważyć, że odstające uszy u Marysi były powodem ogromnych kompleksów i permanentnie złego nastroju. Na nic zdawały się tłumaczenia, że jest bardzo ładna, że ta drobna niedoskonałość dodaje jej uroku, że dzięki temu jej uroda jest unikatowa. Dziewczę kompletnie tego do siebie nie przyjmowało i tylko smętnie, unikając spojrzeń, przemykała pod ścianami korytarzy szkoły.