środa, 28 sierpnia 2013

JUSTIN BIEBER - SOMEDAY EDT

Recenzowanie perfum nie należy do najłatwiejszych zadań, poziomu Nez de Luxe nie osiągnę w tym nigdy. Do tej pory na blogu ukazały się jedynie dwie recenzje zapachów (klik / klik), ale jako że spotkały się ze stosunkowo pozytywnym przyjęciem, cykl planuję kontynuować.

W moje łapki wpadł jakiś czas temu produkt nie byle jaki, bo sygnowany sławnym, zwłaszcza przez swoje ostatnie skandale, celebrytą w postaci samego Justina Biebera. Mowa o wodzie toaletowej Someday by Justin Bieber, która na polskim rynku ukazała się pod koniec 2012 roku.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Someday Justina Biebera to coś więcej niż perfumy. To osobisty prezent, pochodzący z głębi serca – symbolem tego jest małe, kryształowe serduszko, zawieszone na zgrabnym flakoniku.
Kwiatowo-owocowa kompozycja, będąca ucieleśnieniem młodzieńczej radości i spontaniczności. Kuszące połączenie soczystej mandarynki, chrupiącej gruszki i dojrzałych owoców leśnych. A to wszystko otoczone łagodnym powiewem delikatnego jaśminu i ciepłej wanilii. Słodka pokusa, której nikt nie będzie w stanie się oprzeć.
Nuty zapachowe:
- nuta głowy: mandarynka, czerwone jagody, gruszka
- nuta serca: nuty kwiatowe, jaśmin
- nuta bazy: piżmo, wanilia


MOJA OPINIA:
Pomijając całą kiczowatą otoczkę, która niewątpliwie jest kojarzona z Justinem zapach sam w sobie jest godny uwagi. Ale zanim przejdę do właściwej recenzji, chcę podkreślić, że produkt skierowany jest bardziej do nastolatek i młodych kobiet, niż pań koło 30-tki. I tak właśnie należy Someday traktować.

Opakowanie perfum od razu przywodzi mi na myśl flakony Marca Jacobsa, zwłaszcza słynną Lolę. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że producent silnie inspirował się owym design’em. Do flakonika Someday dołączony jest słodki charms, który na pewno ucieszy oko niejednej dziewczynki. Dla mnie, jako troszkę starszego pokolenia, jest już nieco zbyt błyszcząco-brynalcikowy.



Someday by Justin Bieber jest zapachem słodkim, dziewczęcym i po prostu… płaskim. Nic się w nim nie dzieje, nic się nie rozwija, a o ogonie możemy zapomnieć. Nie mniej jednak jest to zapach przyjemny dla nosa, nienachalny, zupełnie nie erotyczny, czyli idealny dla nastolatki. Z powodzeniem można używać go do szkoły, czy na imieniny babci. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Someday to idealne pierwsze perfumy.

Trwałość więcej niż przyzwoita, na mojej skórze utrzymuje się praktycznie cały dzień, na ubraniach do tygodnia. Za taką cenę to ze świecą szukać konkurenta.

PODSUMOWANIE:
Może nie jest to zapach dla każdego, raczej skierowany jest do dość wąskiej grupy odbiorców, ale idę o zakład, że wśród grupy docelowej znajdzie niejedną fankę i to nie tylko przez aktualnie panującą modę. Myślę, że będzie również świetnym prezentem dla młodziutkiej kobiety, która dopiero co wkracza w ten finezyjny świat zapachów.

Producent: Justin Bieber
Pełna nazwa: Someday by Justin Bieber
Trwałość: około 10-12 godzin
Pojemność: 30 ml / 50 ml / 100 ml
Cena: 129 zł / 169 zł / 209 zł
Ocena: 6/10

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

MAKIJAŻ WILD COLLECTION

W ostatnich dniach mogłyście na blogu przeczytać o tuszu do rzęs oraz cieniach do powiek z najnowszej kolekcji Max Factor Wild Collection. Dzisiaj możecie zobaczyć te kosmetyki w akcji. Z góry przepraszam za wszystkie niedociągnięcia, ale jest to mój tutorialowy debiut. Mam nadzieję, że forma oraz sam makijaż spotkają się z pozytywnym przyjęciem i na tym jednym tutorialu się nie skończy.


#1 przygotowujemy powiekę / #2 nakładamy cień w kolorze 50 untamed green na całą ruchomą powiekę / #3 podkreślamy załamanie cieniem 10 ferocious black / #4 akcentujemy kącik tym samym cieniem / #5 dolną powiekę podkreślamy cieniem w kolorze 45 sapphire rage / #6 kącik oraz przestrzeń pod łukiem brwiowym rozświetlamy cieniem w kolorze 65 defiant white / #7 wedle uznania podkreślamy linię wodną czarną kredką oraz tuszujemy rzęsy maskarą Wild Mega Volume / #8 użyte kosmetyki

MAX FACTOR - CIENIE WILD SHADOW POTS

Wild Collection marki Max Factor to nie tylko tusz Wild Mega Volume, ale również kredki do oczu Wild Shadow Pencil oraz, co będzie tematem dzisiejszej notki, cienie Wild Shadow Pots. Cienie w ilości sztuk 12 otrzymałam do przetestowania już na początku lipca (klik) i od tego czasu intensywnie testowałam.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Cienie stworzone by nadać twoim powiekom niepowtarzalny wygląd!
Max Factor Wild Shadow Pot to cienie w energetycznych barwach tworzące paletę, która idealnie współgra z trendem lata 2013 - Hyper Tropicality.
Nałóż jeden cień na całą powiekę i szybko osiągnij mocny efekt, lub zmieszaj dwa albo więcej odcieni aby wyróżnić się jeszcze bardziej. Możesz też nakładać cienie lekko zwilżonym pędzelkiem a efekt będzie intensywny i trwały.


MOJA OPINIA:
Opakowania cieni wyglądem przypominają mi kamyczki, w sumie nawet nie wiem skąd skojarzenie. Co do samej praktyczności to jeśli mamy dwa, góra trzy sztuki to ok, ale przy większej ilości od razu chciało by się depotować je do paletki (o tym jak to zrobić możecie przeczytać tu). Nie zrobiłam tego jeszcze wyłącznie z uwagi na to, że oryginalne opakowania były mi konieczne do tej recenzji, ale na dniach pewnie je do czegoś przerzucę.

Cienie mają dwa rodzaje wykończenia - błyszczące z drobinkami oraz satynowe. W zależności od odcienia pigmentacja w jednych wypada lepiej, w innych nieco słabiej. Zauważyłam, że zdecydowanie lepszy efekt daje nakładanie ich na mokro, ponieważ kolory są wtedy zdecydowanie bardziej intensywne, a same cienie mniej się osypują.


Spośród wszystkich odcieni, które posiadam, siedem zaliczyłabym jako te nadające się do makijażu nude, natomiast pięć jako te intensywne, wakacyjne lub typowo wieczorowe. Oczywiście jest to dość luźna interpretacja i absolutnie niczego tutaj nie narzucam.

Jedynym minusem cieni jaki zauważyłam to dość mocne osypywanie się, zwłaszcza odcieni z mocnymi drobinkami, czyli 05 fervent ivory, 10 ferocious black, 20 golden amazon oraz 65 defiant white. Pozostałe cienie sprawują się bardzo dobrze.


PODSUMOWANIE:
Cienie sprawdziły się u mnie całkiem przyzwoicie, niewiele mam im do zarzucenia poza tendencją do osypywania się, którą niwelowałam nakładaniem cieni zwilżonym pędzlem. Niektóre odcienie, jak na przykład 45 sapphire rage, czy 50 untamed green są bardzo oryginalne i ślicznie prezentują się na oku, warto w nie zainwestować. Natomiast delikatne cienie nude jak 101 pale pebble, czy 116 wicked white ma w swojej ofercie większość marek.

niedziela, 25 sierpnia 2013

JEWELCANDLE, CZYLI PACHNĄCA ŚWIECZKA Z NIESPODZIANKĄ

Dzisiejsza recenzja jest, jak na blog kosmetyczny troszkę nietypowa, ponieważ traktuje o... świeczce. I to nie byle jakiej, tylko świeczce z niespodzianką. Mowa o JewelCandle, która kryje w sobie srebrną biżuterię. Połączenie najwyższej jakości, ręcznie wyprodukowanej zapachowej świeczki z wartościową i stylową niespodzianką w środku, zapewnia niezwykłe wrażenia.


OBIETNICE PRODUCENTA:
JewelCandle to pierwsza tego rodzaju zapachowa świeczka, która kryje w sobie prawdziwą biżuterię o wartości od 40 do 1000 zł. Można ją palić przez około 75 – 160 godzin. Wykorzystanie szklanego słoika zapewnia równomierne spalanie się wosku oraz to, że świeczka zawsze będzie dobrze wyglądała i jest bezpieczna dla powierzchni na której stoi. Nie było do tej pory świeczek, które mogły dostarczyć tylu wrażeń co JewelCandle. Spróbuj jak przyjemnie pachną świeczki JewelCandle i odkryj jaką niespodziankę dla Ciebie kryją w sobie!


MOJA OPINIA:
Do wyboru mamy świeczkę z kolczykami (99 zł) lub świeczkę z pierścionkiem (69 zł) w środku. Obie wersje dostępne są w kilku wariantach zapachowych - Słodkie Jeżyny, Orzeźwiająca Pomarańcza, Truskawkowe Ciasteczka, Kremowa Wanilia, Kokosowe Marzenie, Happy Birthday, True Love, Magiczne Liczi oraz Dojrzałe Figi.
Ja zdecydowałam się na Orzeźwiającą Pomarańczę z pierścionkiem.

Świeczka przychodzi do nas w bardzo dobrze zabezpieczonym kartonie, nie musimy się więc obawiać, że nie dojdzie do nas w całości. Po odwinięciu ze wszystkich warstw naszym oczom ukazuje się masywny szklany słoik owinięty dodatkowo ładną kokardą. Dzięki temu świeczka od razu idealnie nadaje się na prezent.


Orzeźwiająca Pomarańcza pachnie bardzo naturalnie, nie wyczuwamy żadnych sztucznych chemicznych nut, jak to często bywa w przypadku takiego zapachu. Spala się powoli, co czyni ją bardzo wydajną. Po około 8h możemy wreszcie dobrać się do tego co interesuje nas najbardziej, czyli do naszej biżuterii.

Wierzcie mi, że odpakowywanie tego cudeńka sprawiło mi straszliwą frajdę. Wcale tak łatwo nie było się do tego dostać, a ja jeszcze po drodze musiałam zrobić kilka zdjęć. Niecierpliwość sięgała zenitu, po czym moim oczom ukazał się prześliczny drobny pierścionek wykonany ze srebra próby 925 o wartości 20 euro.


PODSUMOWANIE:
Uważam, że JewelCandle to świetny pomysł na prezent dla bliskiej osoby. Zarówno świeczka, jak i sama biżuteria prezentują się świetnie, a wszystko wykonane jest z najwyższą starannością i smakiem. Polecam zaglądnąć na stronę JewelCandle, gdzie możemy podglądnąć zdjęcia otrzymanej biżuterii oraz fanpage JewelCandle.

sobota, 24 sierpnia 2013

MAX FACTOR - TUSZ WILD MEGA VOLUME

Te z was, które czytają mnie regularnie na pewno wiedzą, że tuszem, który zawsze można znaleźć w mojej kosmetyczce jest Max Factor 2000 calorie. Mimo, że zdarzają mi się małe skoki w bok, zawsze pokornie do niego wracam. Kiedy więc nadarzyła mi się okazja wypróbowania najnowszego dziecka tejże marki, zgodziłam się bez wahania. Mowa bowiem o tuszu Wild Mega Volume, który na Polski rynek kosmetyczny wszedł z ogromnym bumem. Charakteryzuje go przede wszystkim rzucające się w oczy limonkowe opakowanie oraz niebanalna szczoteczka.


OBIETNICE PRODUCENTA:
Wznieś się na wyżyny i zbuduj niesamowitą objętość dzięki nowej maskarze Max Factor - została specjalnie stworzona do tego by przenieść twoje rzęsy na następny poziom. Ta innowacyjna maskara natychmiast przyciemnia i podkreśla wygląd każdej rzęsy dzięki nieustraszonej szczoteczce Amplifier. Formuła zawiera miękkie włókna, które idealnie przywierają do szczoteczki w kształcie klepsydry. W jej zwężeniu krótkie włókna zbierają większą ilość maskary i sprawiają, że produkt idealnie rozprowadza się u podstawy rzęs dając bazę do budowania większej objętości. Okrągła główka szczoteczki z dłuższymi włoskami pozwala wydłużyć rzęsy i idealnie wyciągnąć ku górze ich końcówki. Wynik to 3 razy więcej objętości i wyrazisty look, zarówno w dzień jak i w nocy.


MOJA OPINIA:
Design opakowania zdecydowanie odbiega od serwowanych nam do tej pory poważnych czerni i granatów, jakże kojarzonych z marką Max Factor. Cieszy za to oko jaskrawymi radosnymi barwami, pasującymi bardziej dla nastolatek i młodych kobiet, a nie dorosłych bizneswoman. Czyżby marka chciała poszerzyć grupę odbiorców? Osobiście do mnie opakowanie średnio przemawia, zdecydowanie wolę opakowanie tuszu Masterpiece Max, ale jedno jest pewne - nie przejdziemy koło niego obojętnie.

Szczoteczka prezentuje się dość oryginalnie, troszkę przypomina mi Givenchy Noir Couture, ale to raczej luźne skojarzenie, bowiem w praktyce nie mają ze sobą za wiele wspólnego. Z początku, kiedy kosmetyk jest świeży szczoteczka może nabierać trochę za dużo tuszu, jednak już po około dwóch tygodniach wszystko się normuje, a my nie musimy się już obawiać posklejania rzęs. Oprócz tego nie mam tej szczocie nic więcej do zarzucenia, przeciwnie, sprawdza się pod każdym kątem. Po pierwsze bardzo łatwo się nią operuje, nie ma problemu z dotarciem do nawet najmniejszych rzęs. Po drugie trzymając tusz pionowo z łatwością możemy pomalować dolne rzęsy. Po trzecie wystarczy już jedno pociągnięcie, żeby pokryć wszystkie rzęsy.


Wild Mega Volume wytrzymuje na rzęsach cały dzień, nie osypuje się, nie tworzy efektu pandzich oczu, nawet podczas całodziennego maratonu przed komputerem. A jak wiecie dla mnie to bardzo ważny czynnik. Nadaje się też na upały kiedy to cały nasz makijaż chce spłynąć nam z twarzy. Sprawdził się u mnie nawet przy tegorocznym 36-stopniowym upale.

No i teraz kilka słów o tym co interesuje nas najbardziej, czyli o efekcie. Moim zdaniem Wild Mega Volume bardzo przypomina pod tym względem 2000 calorie, czyli jedno pociągnięcie daje efekt dość naturalny, natomiast kolejnymi warstwami możemy zbudować nawet teatralny look. Na powyższym zdjęciu położone są dwie cienkie warstwy tuszu.

PODSUMOWANIE:
Wild Mega Volume podbił moje serducho, podobnie jak kiedyś mój ulubiony 2000 calorie tego samego producenta. Mam też wrażenie, że jest odrobinę od niego trwalszy. Cenowo również wypada korzystnie, ponieważ za 11 ml zapłacimy około 35 zł (bez promocji). Czego chcieć więcej? Zdecydowanie polecam, ja na pewno sięgnę po niego jeszcze nie raz.

Producent: Max Factor
Pełna nazwa: Wild Mega Volume Mascara
Pojemność: 11 ml
Cena: 35 zł
Ocena: 9/10

czwartek, 22 sierpnia 2013

WYNIKI KONKURSU L'OREAL REVITALIFT X3

Bardzo wszystkim dziękuję za zgłoszenia w konkursie L'Oreal. Jednocześnie przepraszam, że tak długo czekaliście na wyniki.
Poniżej lista zwycięskich zgłoszeń. Autorów proszę o maila z adresem do wysyłki :)






wtorek, 13 sierpnia 2013

ESSIE - OVER THE KNEE

Mam wrażenie, że gdzie się ostatnio nie obrócę wszędzie widzę neony - w postaci torebek, butów, bransoletek, kokardek, gwiazdek czy paznokci. No właśnie. Na przekór wszechobecnej modzie, zdecydowałam się sięgnąć więc po lakier w tonacji typowo jesiennej, czyli Essie Over the Knee.


Odcień spodoba się głównie osobom, które lubią mocny shimmer, ponieważ w Over the Knee bardzo wyraźnie widać złoto-miedziane drobinki, które ślicznie odbijają promienie słoneczne. Osobiście bardzo chętnie decyduję się na lakiery tego typu, więc akurat ten esiak bardzo przypadł mi do gustu.


Jak to zawsze w przypadku Essie bywa - pigmentacja, trwałość i wygląd na paznokciach bez zarzutu.

czwartek, 8 sierpnia 2013

WYGRAJ SERUM REGENERUJĄCE REVITALIFT X3 MARKI L'OREAL

Zapewne miałyście już okazję usłyszeć, chociażby w telewizji, o najnowszych kosmetykach L'Oreal Revitalift, które mają za zadanie walczyć z pierwszymi oznakami starzenia się skóry.

Dzięki uprzejmości Streetcom Polska Sp. z o. o. mam dla Was do wygrania 5 sztuk nowego serum regenerującego Revitalift X3 marki L'Oreal!


Aby wziąć udział w konkursie musicie tylko być obserwatorem mojego bloga oraz wymyślić hasło reklamowe dla nowej gamy przeciwzmarszczkowej Revitalift Laser X3. Wasze pomysły zamieszczajcie w komentarzach pod tym postem. Spośród wszystkich zgłoszeń wybiorę 5 najciekawszych pomysłów, które nagrodzę kosmetykiem L'Oreal.

Konkurs trwa od dziś do niedzieli 11 sierpnia (północ). Wyniki ogłoszę już w najbliższy wtorek. Zapraszam do zabawy i wszystkim życzę powodzenia!

środa, 7 sierpnia 2013

LIPCOWE NOWOŚCI

Biorąc pod uwagę, że na blogu nie było mnie praktycznie od miesiąca, nie miałyście w ogóle okazji zobaczyć co przybyło mi w kosmetyczce przez cały ten miesiąc. Nadrabiam zaległości (to już staje się nudne) i skomasowuję to do jednego szybkiego posta.

Pierwsza przesyłka przyszła do mnie ze sklepu internetowego Aromanti i zawierała zapachowy odświeżacz powietrza do mieszkań Goatier o zapachu Drzewo sandałowe z cedrem (200 ml), świecę Procado o zapachu Grillowanego nugata (obłędny) oraz zestaw próbek zapachów.


Druga przesyłka to paczka ambasadorki L'Oreal, którą w zasadzie nie tyle otrzymałam ja, co moja mama - krem i serum przeznaczone dla osób po 35 roku życia. Już niedługo będę miała dla Was do wygrania kilka sztuk nowego serum Revitalift.

Kolejna paczka to olejek i balsam po opalaniu Bielenda. Kosmetyki trafiły mi się jak ślepej kurze ziarno, bo straszliwie spiekłam się będąc ostatnio z Em El na Kryspinowie. Balsam bikini uratował moje plecy! Postaram się niedługo napisać o nim krótką recenzję.


Przybyło mi również kilka lakierów Essie, a konkretnie aż 6 nowych kolorów (od lewej: shine of the times / case study / sure shot / tour de finance / sole mate / downtown brown).

W lipcu otrzymałam też nowego Glossyboxa, o którym jeszcze nie miałam okazji napisać, ale mam nadzieję że na dniach dam znać co pudełko zawierało.

Ostatnia przesyłka to nowy tusz do rzęs marki Rimmel o nazwie Lash Accelerator Endless. Póki co jeszcze nie widziałam go nigdzie w sprzedaży, więc nie powiem Wam ile kosztuje, ale jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczona.


I to by było na tyle. Wbrew pozorom wcale nie ma tego dużo :)

P.S. Przypominam o kończących się za chwilkę aukcjach allegro KLIK.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

50 PRZYPADKOWYCH FAKTÓW O MNIE

1. Urodziłam się 1 listopada i czasem zdarza mi się na urodziny dostać od znajomych… bukiet chryzantem.
2. Mam pępkową fobię i gdy tylko ktoś lub coś zbliża się w jego okolice dostaję ataku paniki.
3. Zmieniam kolor włosów średnio co 3-4 miesiące, ponieważ niesamowicie szybko nudzę się swoim wizerunkiem.
4. W zasadzie wszystkim szybko się nudzę.
5. Nie cierpię chipsów.
6. I to jedyna forma ziemniaków, za którą nie przepadam.
7. Moje ulubione kolory to czarny, turkusowy i fioletowy. Wbrew pozorom wcale nie różowy.
8. Przez 8 lat śpiewałam w chórze kościelnym, po czym rzuciłam to i założyłam kapelę rockową. Co prawda przetrwała tylko kilka miesięcy, ale wspomnienia niesamowite.
9. Jestem narcyzem.
10. Uczęszczałam do gimnazjum i liceum Sióstr Prezentek w Krakowie. Nie życzę tego najgorszemu wrogowi (mam nadzieję, że żadna zakonnica ze szkoły nie czyta mojego bloga…).
11. Mam około 20 par szpilek, a i tak na co dzień pomykam w trampkach i japonkach.
12. Potrafię złożyć szafę, zaszpachlować dziurę w ścianie, całkiem nieźle lutować, ale nie potrafię ugotować zupy.
13. W ogóle nienawidzę gotować i robię to tylko kiedy już naprawdę jestem do tego zmuszona.
14. Na pół roku przed maturą zmieniłam zdanie i zamiast zdawać matematykę postanowiłam na własną rękę przygotować się do historii sztuki. Poszło mi całkiem nieźle.
15. Jestem zodiakalnym skorpionem i to co piszą o skorpionicach w horoskopowych charakterystykach pokrywa się z moim charakterem w ponad 90%.
16. Mam młodszego o 6 lat brata.
17. Jestem ostro uzależniona od kompa, neta i mojego telefonu.
18. Uwielbiam amerykańskie kino rozrywkowe, czyli pościgi, strzelanki i efekty specjalne. A wszelkie adaptacje komiksów to już w ogóle mój klimat.
19. Mam w sumie 6 kolczyków i 3 tatuaże. Oczywiście mam w planach więcej.
20. Uwielbiam nosić chustki. Mam ich całkiem pokaźną kolekcję.
21. Jestem szczera do bólu. Jedni mówią, że to pozytywna, inni że negatywna cecha charakteru. Obiektywnie chyba więcej mi to szkodzi, niż pomaga ;)
22. Mam zaawansowaną arachnofobię. Bronię się rzucając w kierunku pająków kotami.
23. No właśnie – mam 3 koty.
24. Jestem bardzo wybredna. W każdej dziedzinie życia.
25. Tygodniowo wypijam ponad 4 litry kawy. Wiem, że to mało zdrowe, ale ja po prostu uwielbiam ten smak. 
26. Moją ulubioną pisarką jest Anne Rice, autorka mi.in. Kronik wampirów i erotycznych powieści o Śpiącej Królewnie.
27. Zawsze mam rację.
28. Jestem niepoprawnym śpiochem, ale nigdy nie mam na to czasu i w rezultacie w tygodniu śpię po 5h.
29. Bardzo podoba mi się styl ubierania sióstr Olsen.
30. Do dziś lubię grać w Sims’y.
31. Mam problem z okazywaniem uczuć.
32. Nie lubię żółtych bananów. Jadam tylko te zielone.
33. W ciągu ostatniego pół roku schudłam w sumie już 18 kg.
34. Okropnie przeklinam. I wcale nie zamierzam się tego oduczać.
35. Bardzo rzadko jem mięso i to nie dlatego, że nie lubię, czy nie mogę.
36. Nigdy w życiu nie znalazłam ani jednego grzyba. Pomijam już fakt, że zupełnie mnie to nie bawi.
37. Mam specyficzne poczucie humoru, które niestety nie każdy rozumie i często przez to jestem źle odbierana.
38. Nie słodzę.
39. Uwielbiam pić alkohol i aż dziwne, że jeszcze nie wpadłam w alkoholizm ;)
40. Jestem typowym wzrokowcem.
41. Mówię po krakowsku, czyli zaciągam, dodaję „że” na końcu wyrazów, mówię „se”, itd. I jak każdy prawdziwy Krakus jestem z tego dumna.
42. Zupełnie nie wyglądam na swój wiek.
43. Jestem piegowata.
44. Praktycznie nie używam balsamu do ciała. Strasznie nie lubię tego uczucia lepkości po posmarowaniu się.
45. Jestem tzw. nocnym markiem i najlepiej mi się funkcjonuje po godzinie 20:00.
46. Nigdy niczego nie planuję. Wyjątkiem jest, jak na skorpionicę przystało, słodka zemsta.
47. Nie mam ulubionej marki sklepów, kupuję to co mi się podoba bez względu na metkę.
48. Mam słabość do wysokich facetów (czyli od 190 cm w górę).
49. Moją najlepszą przyjaciółką jest moja mama.
50. Jestem trudna w kontaktach, więc albo się mnie kocha, albo nienawidzi.

Uff, udało się. To wcale nie było takie proste! Dajcie znać w komentarzach czy choć trochę Was zaskoczyłam.